
Przed wydaniem swojego debiutanckiego albumu My 21st Century Blues, Raye była związana kontraktem z wytwórnią Polydor Records. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że podpisując ów cyrograf, jeszcze jako 17 – latka, Raye nie miała pojęcia, że przez kolejne 7 lat będzie musiała pisać utwory dla innych artystów, prowadząc jednocześnie walkę z wiatrakami o zgodę na wydanie własnego albumu. Narastająca frustracja zaprowadziła ją na skraj przepaści – narkotyki i alkohol stały się dla niej chlebem powszednim. To właśnie one stały się podwaliną dla jej bezkompromisowego, niezależnego debiutu. Kiedy opowiadający o unikaniu problemów z pijackim seksem i kokainą singiel Escapism. wylądował na szczycie brytyjskiej listy przebojów, a marzec 2024 roku przyniósł jej aż sześć nagród BRIT, Raye znalazła się przed bramą do panteonu największych przedstawicieli współczesnej brytyjskiej muzyki popularnej. Dzisiaj, dzięki swojemu drugiemu albumowi This Music May Contain Hope. triumfalnie w tym panteonie zasiada, na naszych oczach stając się IKONĄ.
This Music May Contain Hope. przybrał formę dźwiękowej podróży będącej nieco ponad godzinną przeprawą przez cztery rozdziały prowadzące z mroku do światła. Narracja na albumie prowadzona jest w trzeciej osobie, co daje słuchaczowi szerszy kontekst sytuacyjny. Całość zaczyna się jesienią i obejmuje wszystkie cztery pory roku, odzwierciedlając własny rozwój osobisty i kulminację pracy nad sobą, którą Raye wykonała w czasie powstawania albumu. Zgodnie z wypowiedziami Brytyjki, jej drugi krążek jest zupełnie inny niż debiut z 2023 roku: W dużej mierze w My 21st Century Blues byłam w chmurach, skręcając blanta. Podoba mi się, że zeszłam na ziemię, żeby napisać te teksty. Wolę siebie w takiej formie. Znalazłam dyscyplinę i abstynencję w swoim życiu, i to jest piękne. Od czasu do czasu wypiję kieliszek dobrego wina, ale nie piję już, żeby naprawić, pogrzebać, znieczulić lub uciec. Z tego punktu widzenia This Music jawi się jako muzyczne remedium będące opowieścią o złamanym sercu, braku pewności siebie, hejcie, samotności i głupich mężczyznach. Przedarcie się przez te wszystkie tematy prowadzi Raye do upragnionego szczęścia. Zgodnie z jej słowami: Muzyka to lekarstwo. Zawsze to mówiłam. I chyba właśnie stworzyłam lekarstwo dla siebie, którym mogę podzielić się ze światem.
Raye nie chciała by album sprawiał wrażenie, jakby był nagrywany tylko w studiu, stąd wcześniejszy start trasy koncertowej i umieszczenie w jej setliście nowych piosenek: Chcę, żeby sprawiał wrażenie, jakby został ukształtowany przez doświadczenie na żywo. Taki jest także ostatni etap koncertu: Summer, w trakcie którego napis RAYE zamienia się w RAVE, przeistaczając finał wychodzącego z mroku występu w jedną wielką radosną imprezą taneczną. Sama płyta jest wynikiem fascynacji Brytyjki klasycznym podejściem do muzyki pop. Mamy więc tutaj całą symfonię orkiestrowych wzlotów i upadków, nagłych, dramatycznych zwrotów akcji czy mówionych partii. I tak, absolutnie rewelacyjny, big bandowy, niebywale trudny do zaśpiewania, pełen niuansów numer WHERE IS MY HUSBAND! jest najjaśniejszym punktem tego albumu. Jest jednak dzielnie wspomagany przez równie energetyczne, kapitalnie łączące swing i jazz Beware… The South London Lover. czy Skin & Bones., przeistaczający się w pewnym momencie w pulsujący, rave – owy rollercoaster Life Boat. oraz zamykający album, retro – funkowy, optymistyczny Happier Times Ahead.. Warto wyróżnić tutaj także a to sentymentalne, a to trochę marzycielskie i finalnie bardzo ekspresywne, żywe, zaśpiewane z młodszymi siostrami Ammy i Absolutely Joy..
This Music stoi nie tylko bopami wyrwanymi z środka lat 60. a la The Andrew Sisters. Obok nich jak brylanty lśnią tutaj soulowe ballady I Know You’re Hurting. i Nightingale Lane.. Raye świadomie operuje wokalem po całej skali wyciskając z każdej nuty maksimum dramatyzmu. To między innymi dzięki temu, jej koncerty będą warte każdej ceny. Mało kto potrafi być dzisiaj tak magnetyczny w balladowym, tak bardzo niestreamingowym repertuarze. Ciekawym zabiegiem jest metafora obcasów stukających o chodnik, symbolizująca ruch, krok naprzód i stawianie czoła wyzwaniom, zastosowana w singlowym Click Clack Symphony.. Dzięki współpracy z Hansem Zimmerem kompozycja zaowocowała bogatą, orkiestrową, wręcz filmową aranżacją, która nadała jej dodatkowego dramatyzmu i podniosłego charakteru. Podobnym, filmowym, jednak o wiele mroczniejszym, powiedziałbym nawet, że psychodelicznym charakterem nasączono Winter Woman.. Momentami numer wpada w klimat ostatniego albumu Rosalii LUX. Na uwagę zasługuje także nagrana z legendą soulu, Alem Greenem sentymentalna, inspirowana brzmieniem Memphis ballada Goodbye Henry. podejmująca temat o rozstania, tęsknoty i trudnych pożegnań.
Czy to naprawdę album, który nie ma wad? Na pewno nie jest to płyta do słuchania wybiórczo. To typ albumu koncepcyjnego, który trzeba rozpatrywać całościowo i słuchać go, przynajmniej na początku, raczej od startu do samego końca. Dopiero później, jak już osłuchamy się z wszystkimi smaczkami, można sobie wybierać z niego mniej lub bardziej ulubione kąski. Można się czepiać, po co na końcu płyty 6 – minutowe, mówione napisy końcowe. Taki jest jednak koncept tego albumu. To nie jest kolejny krążek z 17. kawałkami. Nie jest to też na pewno płyta dla słuchaczy, którzy oczekiwali od Raye przebojowych, klubowych bangerów do szybkiej konsumpcji. This Music bardzo daleko jest do jakiegokolwiek muzycznego fast foodu. Z tego powodu, na pewno nie zabraknie na tym świecie osób, które w pewnym sensie, po wiralowej historii jaką był WHERE IS MY HUSBAND! poczują się trochę rozczarowani, a potraktowani balladami czy mówionymi wstawkami, nawet i znudzeni. Mam jednak nadzieję, że takich przypadków będzie jak najmniej. Jeśli kogoś takiego poznacie, to jeśli będziecie mieli okazję, zabierzcie taką osobę na koncert Raye – ta płyta zaśpiewana na żywo będzie w stanie przekonać do siebie największego malkontenta. Raye wygrywa swoją karierę przede wszystkim na żywo! Ta kobieta po prostu ma talent!
This Music May Contain Hope. to album, jakiego dzisiaj nie dostaniecie od żadnego artysty współpracującego z wielką wytwórnią płytową. Niestety żyjemy w czasach, w których wydawcom i artystom po prostu nie opłaca się ryzykować na dużą skalę. Algorytmy na dobre przejęły stery w mainstreamie. Raye nie ma z tym światem jednak już nic wspólnego. Z mroczną stroną biznesu muzycznego zetknęła się nad wyraz wcześnie i dziękujmy opatrzności, że nie skończyła jak uwielbiana przez nią Amy Winehouse. Dzisiaj, przechodząc przez głęboko osobistą, emocjonalną podróż śmiało mówi: Nie pozwolimy, żeby inni decydowali o naszej przyszłości. Nie pozwolę wam ukraść mojej nadziei i radości. Absolutnie nie! Jej nowy album to nie tylko zwykła forma artystycznej terapii – to prawdziwy manifest niezależności i autentyczności. Wielkie ukłony!
