Closterkeller – Nero (2003)

nero
Closterkeller | Nero | 16 X 2003 | ★★★★★

Ja i Closterkeller? W moim życiu był taki czas, kiedy takie zestawienie wydawało mi się mało prawdopodobne. Wraz z upływem lat zrozumiałem jednak, że nie ma rzeczy niemożliwych, a w kręgu mojego zainteresowania znalazł się zespół, który lata swojej świetności na muzycznym firnamencie teoretycznie zakończył po wydaniu Graphite w 1999 roku. Z tego co kojarzę, nawet sama Anja Orthodox wygadywała w tamtym czasie jakieś bzdury o tym, że Graphite to ostatnia płyta Closterkeller. Ostatnią nie była, a Anja – jak ją lubię – to jak plotła rozmaite dyrdymały, tak plecie je po dzień dzisiejszy. Pewnego październikowego wieczora w 2008 roku udałem się na koncert w krakowskim klubie Rotunda w ramach funkcjonującej po dziś dzień trasy koncertowej z cyklu Abracadabra Gothic Tour. To w głównej mierze dzięki płycie Nero moja osoba znalazła się na tym evencie. Wtedy jeszcze nie przepadałem za wcześniejszymi dokonaniami Clostera, prawdziwie urzekła mnie jedynie Agnieszka – schizofreniczna, gotycka melodia. 10 lat od ukazania się Agnieszki w 2003 roku światło dzienne ujrzał absolutny hymn o schizofrenii – Królowa. I to właśnie dzięki Królowej znalazłem się po drugiej stronie lustra – w mrocznej, prawdziwie gotyckiej krainie Closterkeller.

Królowa była pierwszym utworem, który usłyszałem z Nero. Ten monumentalny, naładowany potężnymi klawiszami, mroczny, muzyczny dreszczowiec z przeszywającymi wokalami Orthodox wrył mi się w mózg na tyle, że zdecydowałem się w końcu przesłuchać całą płytę, również w wersji anglojęzycznej. Jeszcze przed przesłuchaniem krążka przeczytałem, że zespół nazywa swoje płyty kolorami. Czarny był swego czasu moim ulubionym kolorem, więc nie mogłem odmówić sobie przyjemności odsłuchania tego albumu, oczywiście nie w innym momencie jak w środku nocy. Pierwsze co mnie – osobę mającą obsesję na punkcie jakości dźwięku – rozczarowało to mastering płyty, który pozostawia wiele do życzenia. Pojawiające się znienacka trzaski i szumy bywają potwornie wnerwiające, co zapewne jest spowodowane również przez schrzanione miksowanie. Mam nadzieję, że ktoś, kto się tym zajmował, dostał za to solidnie po dupie. Niewyobrażalne jest dla mnie, że większość z tych błędów nie została porządnie poprawiona przy okazji ponownego miksowania wersji anglojęzycznej, mimo, że ta brzmi trochę lepiej od wersji polskiej. Mimo tych mankamentów, płyta okazała się być bardzo spójna, ciężka, ciemna, obłędna i jak się później przekonałem, zapoznając się z całym dorobkiem grupy, naprawdę bardzo eksperymentalna. Na albumie, poza wspomnianą wcześniej Królową moją szczególną uwagę zwróciło jeszcze kilka innych momentów.

Patrząc jak toniesz czy Miraż są tak naszpikowane ciężkimi gitarami, elektronicznymi trikami i hipnotycznym syntezatorem, że razem z momentami wręcz histerycznie brzmiącą Anją tworzą absolutnie paraliżującą ścianę dźwięku, która naprawdę wbija w fotel. Przeraźliwe krzyki Anji dobiegające co jakiś czas gdzieś z oddali potęgują wrażenie jeszcze większej psychozy. Miraż robi jeszcze większe wrażenie na żywo – jest to prawdziwe obezwładniające widowisko. Z kolei Patrząc jak toniesz warto przesłuchać w wersji anglojęzycznej (Watching As You Drown), której według mnie słucha się o wiele lepiej niż wersji polskiej. Hipnotyczny, leniwy, wręcz transowy, tytułowy Nero, melodyjny i bardzo nośny, głównie dzięki gitarze Ktokolwiek widział, inspirowany filmem o tym samym tytule Podziemny krąg, czy odziany w agresywne gitarowe riffy skorygowane klawiszami On przychodzi nocą to kolejne niespodzianki, które przykuły uwagę mojego słuchu, nie umniejszając niczego reszcie utworów. 

Siłą albumu oprócz brzmienia i wokalu Anji są także teksty. Najmocniejszym tekstem na całej płycie został opatrzony Miraż będący swoistym manifestem ateistycznym Anji, która śpiewa: Bo moje życie barw milionem malowane, a każda chwila nazbyt droga by błądzić między mirażami, dlatego wierzę w siebie a nie w Boga! Generalnie mam gdzieś to, w co ona wierzy, ale w tym utworze swoje poglądy zamanifestowała mistrzowsko, z czego zapewne była wtedy „dumna jak paw”. Anja śpiewa o śmierci (Kiedy latam), o schizofrenii (Królowa), o utracie bliskiej osoby (Ktokolwiek widział). Nie mogło również zabraknąć tekstów o miłości, oczywiście o dość smutnym wydźwięku (Jak o kamień deszcz, Nieważne jak będzie, Poza granicą dotyku). Teksty nie brzmią banalnie, a to niewątpliwie duży plus. Czuć, że Anja pisząc je, była naprawdę mocno zainspirowana.

Dopracowanie jakości dźwięku na tym albumie, czyli ponowny gruntowny mastering wersji polskiej zdecydowanie podniósłby ogólny odbiór płyty. Pod tym względem album grzęźnie w jakiejś koszmarnej mieliźnie. Liczę kiedyś po cichu na jakieś rocznicowe wydanie, na którym wszystko zabrzmi tak jak powinno. Po drugie – odzianie tej płyty w przyzwoite szaty, a nie w taką szkaradę. Pani grafik odpowiedzialna za ten koszmar, mający stanowić wizualną identyfikację muzycznej zawartości albumu wbiła się w tandeciarski nurt z którym płynie już kilka wcześniejszych frontów Clostera. Tyle z wad. Cała reszta zasługuje na gratulacje. Nero jest równą, nie ocierającą się o kicz i komercję płytą, która połechce niejedną gotycką duszę. Zaraz obok Graphite jest to dla mnie najlepsza płyta tej grupy, głównie ze względu na odważne skrzyżowanie ciężkich, gitarowych ocierających się o metal brzmień z klawiszami, syntezatorami i ogólnie pojętymi elektronicznymi zabiegami. Doskonały dźwiękowo-wokalno-liryczny konglomerat.

Reklamy

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s