
Billie Eilish jest artystką, która wypłynęła na szerokie wody mainstreamu wyłamując się z obowiązujących w nim showbiznesowo – marketingowych wzorców. Wychowana w aktorskiej rodzinie nastolatka od dziecka odbywała naukę w domu. Będąc dziewczyną wolną od ciężarów konwencjonalnego modelu nauczania Billie swobodnie i konsekwentnie, pod okiem rodziców, wraz z bratem Finneasem rozwijała swoje kompozytorsko – pisarskie talenty. Pozbawiona codziennych kontaktów z rówieśnikami nastolatka była jednak o wiele bardziej niż oni narażona na samotne mierzenie się z niebezpieczeństwami rodzącymi się w zakątkach młodego umysłu. Eilish bardzo długo przejawiała skłonności autodestrukcyjne, samookaleczała się a tuż przed wydaniem pierwszej płyty wiele miesięcy zmagała się z depresją i myślami samobójczymi. Artystka od najmłodszych lat zmagała się także z zespołem Tourett’a. Talent i wrażliwość, którą nabyła w dzieciństwie przełożyły się z czasem na fascynującą umiejętność tworzenia wrzynających się w głowę nagrań wyrywających z podświadomości słuchacza mniejsze lub większe fragmenty odsłaniające bardziej monochromatyczną stronę ludzkiej egzystencji.
W wieku 17 lat Billie wydała debiutancką, wciągającą swoją dziwnością i niekonwencjonalnym podejściem do popu płytę When We All Fall Asleep, Where Do We Go?, którą jak w dym trafiła w przedpandemiczne niepewności i niepokoje dorastającego pokolenia Z. Hipnotyzujący bad guy zaprowadził Billie wprost na szczyt amerykańskiej listy Billboardu, a albumowe wariacje na temat dream – dark – goth/emo – popu czy hip – hopu przełożyły się na pięć obejmujących najważniejsze kategorie statuetek Grammy. Za bondowski No Time to Die i napisany do filmu Barbie What Was I Made For? Eilish zgarnęła kolejne trzy nagrody Grammy, dwa Złote Globy i dwa Oscary. Druga, wydana w 2021 roku płyta Happier Than Ever nie powtórzyła zawrotnego sukcesu debiutu, ale ukazała Billie z nowej, bardziej dojrzałej, refleksyjnej ale też mniej przebojowej strony. I przyznam, że o ile debiut Billie, mimo, że nie był do końca moją muzyczną bajką, tak zawierał w sobie bardzo dużo intrygujących momentów, tak druga, nagrana na wybitnie sypialnianą modłę płyta uśpiła moje zainteresowanie jej osobą na długie miesiące. Na nowo Billie zafascynowała mnie minimalistycznym utworem What I Was Made For?, którego narrację rewelacyjnie poprowadziła z perspektywy filmowej Barbie ale także i umysłu jej twórcy.
Hit Me Hard And Soft jest trzecim, zaanonsowanym niewiele ponad miesiąc temu albumem Eilish, który wedle jej słów jest portretem tego, kim jest teraz i kim może zostać w przyszłości: Cały proces [tworzenia] sprawiał wrażenie jakbym wracała do tej dziewczyny, którą byłam w 2019 roku. Opłakiwałam ją. To nie jest album o szczęściu, ale chociaż raz widać w nim przebłyski pełnego ludzkiego doświadczenia. Artystka postanowiła, że przed premierą nie będzie promowała płyty żadnym singlem, chcąc, by słuchacze w dniu wydania mogli doświadczyć dziesięciu nowych utworów w całej swojej okazałości. Nie będę Was oszukiwał, że Billie jest w kręgu moich ulubionych, wybitnie często odsłuchiwanych współczesnych artystek. Nie jestem fanem oszczędnego, nasączonego ambientem, sensualno – sentymentalnego grania. Taka forma muzyki bardzo rzadko wywołuje u mnie dreszcze. Nie oznacza to jednak, że obok tego, co przez ostatnie pięć lat stworzyła Billie przechodzę zupełnie obojętnie. Takie podejście do jej twórczości byłoby zdecydowanie niewłaściwie, ponieważ jest ona artystką nietuzinkową, ekspresyjną inaczej, wrażliwą i bardzo utalentowaną muzycznie, w dodatku na początku swojej muzycznej drogi. Słuchając jej nagrań czuję, że Billie jest całą sobą w każdym, najdrobniejszym, składającym się na nie szczególe. Imponuje mi w niej także to, że wchodząc w świat showbiznesu, jej artystyczna wolność pozostała nienaruszona przez speców z Interscope Records, którzy z pewnością mają dla niej na pęczki gotowych scenariuszy na dalszy rozwój mainstreamowej kariery.
Zanim wskażę swoje faworyty, nadmienię, że w zasadzie na Hit Me Hard and Soft nie ma słabych kompozycji. Co więcej, nie będąc jakimś wielkim fanem Billie, nie spodziewałem się, że ta płyta mnie tak wciągnie! Co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, nie ma tutaj zbyt wielu sennych momentów, których na Happier Than Ever było absolutnie w nadmiarze. Są nieliczne numery, które na początku nie robią jakiegoś wielkiego wow, tak jak np. Bittersuite czy kontynuujące klimat poprzedniej płyty The Greatest. Są to jednak takie kawałki, które mają potencjał na wybicie się przy kolejnych odtworzeniach płyty, a zwłaszcza ten drugi, w finalnej partii zaskakujący soft – rockowym tąpnięciem. Które utwory w takim razie uderzyły mnie najmocniej? Ogromne wrażenie zrobił na mnie otwierający płytę, kapitalnie zaśpiewany Skinny, rozpoczynający się dźwiękami leniwie pobrzękującej gitary elektrycznej przechodzącej stopniowo w subtelne, a następnie w bardziej rozbudowane partie smykowe. Bardzo, bardzo mocne otwarcie. Myślę, że dla wielu osób, z czasem utwór ten może urosnąć do statusu jednego z najlepszych w dorobku Billie. Silnymi ogniwami są także osadzony na sprężystych pociągnięciach gitary, pulsujący, typowo house’owy hipnotyzer Chihiro oraz wpadający w bardziej komercyjny, a to syntetyczny, a to wsparty gitarą akustyczną dark – popowy Birds of a Feather.
Podoba mi się także mroczny, taki trochę bezczelny, popowo – elektroniczny The Diner z momentami dość mocno zniekształconym wokalem Billie oraz zamykający album, początkowo perkusyjno – gitarowy, a później delikatnie potraktowany fortepianem, klawiszami i smykami, zalatujący mi chwilami nawet Laną Del Rey Blue. Numer idealnie odzwierciedla podwodny klimat okładki zdobiącej płytę. Moją uwagę od pierwszego odsłuchu zwrócił także podejmujący temat lesbijskiej relacji a nawet seksu, oparty na przesterowanym automacie perkusyjnym i mocnym gitarowym riffie Lunch. Numer przywołuje na myśl zaczepny, ostry, rave’owy klimat, który swego czasu wyniósł bad guy na szczyty list przebojów. Lunch jest brzmieniowo trochę bardziej stonowany, ale w zamian Billie odpala się w warstwie tekstowej. Z wolniejszych kawałków fajnie wchodzi wsparty przyjemnie brzmiącą akustyczną gitarą, stopniowo rozwijający się, melancholijny Wildflower. Numer troszkę wpada mi w styl Taylor Swift, ale wokal Billie zdecydowanie dodaje mu większej głębi. Największym zaskoczeniem Hit Me Hard and Soft jest sennie startujący L’Amour De Ma Vie, który znienacka rozkręca się do synth – popowego, retro – futurystycznego numeru żywcem wyrwanego z środka lat 80..
Trzeci album Billie sprawia wrażenie jakby był bardziej dojrzalszym i głębszym rozwinięciem debiutu z 2019 roku. Brzmi tak, jakby napisanego w pandemicznym czasie Happier Than Ever nie było. Billie wyszła z depresyjnej aury, która spowiła świat na początku dekady i podjęła śmiałą próbę opowiedzenia światu o poszukiwaniu swojej tożsamości, o własnych pragnieniach, braku pewności siebie, o złamanym sercu. Wszystko w stylu przesyconym wypływającą z jej osobowości gotycką, mroczną wrażliwością. Płyta od samego początku emanuje pewnym specyficznym smutkiem, ale nie pesymizmem. Nie ma tutaj śladu po młodzieńczym, egzystencjalnym bólu. Jest portret powoli i świadomie odkrywającej siebie dziewczyny wkraczającej w dorosłość, z pewną dawką niepewności, ale i z równie sporą dozą nadziei. To, o czym śpiewa Billie nierozerwalnie łączy się z subtelnie snującym się, pełnym rozmaitych szczegółów, stłumionych chórków czy efektów dźwiękowych brzmieniem, w którym najlepiej zanurzyć się z dobrej jakości słuchawkami na uszach. Billie i jej brat mistrzowsko przeprowadzają słuchacza przez cały labirynt emocji. Słuchasz tych utworów i czujesz, jak snujesz się w gąszczu pojawiających się znienacka dźwięków, wyśpiewanych słów czy tajemniczo brzmiących chóralnych zaśpiewów. Siła tej płyty tkwi w szczegółach, które stopniowo wskakując do umysłu słuchacza podnoszą ją do rangi wydawnictwa naprawdę wielkiego.
Hit Me Hard and Soft będąc płytą wydaną w zasadzie znienacka, bez wielkiej kampanii promocyjnej, hitowych singli czy zjawiskowych wideoklipów przypomina mi trochę taką bombę z opóźnionym zapłonem zrzuconą na współczesny mainstream. Jest to niepozorny, trwający niespełna trzy kwadranse album, który ma ogromne predyspozycje do stania się jednym z najmocniejszych (o ile nie najmocniejszym!) alt – popowych wydawnictw tego roku. Dla mnie osobiście jest to najlepsza, najbardziej spójna i najciekawsza jako całość płyta Billie Eilish będąca kwintesencją wielkiego talentu, jakim została obdarzona ona i jej brat Finneas O’Connell. Zastanawiam się, czy niekonwencjonalna promocja obejmująca brak jakiegokolwiek singla przed premierą wydawnictwa aby nie storpeduje jakoś jego ewentualnego sukcesu, ale biorąc pod uwagę jakość materiału i status jaki w ostatnich latach wypracowała sobie Eilish, jestem jakoś dziwnie spokojny o powodzenie tego projektu. Beyoncé i Taylor Swift wyrosła poważna konkurencja. Nadęte marketingowo projekty dwóch największych diw współczesnego popu zostały jakościowo prześcignięte przez wydany bez jakiegokolwiek zadęcia album 22 – letniej artystki, która jest dopiero na początku swojej kariery. Oj, fajnie się dzieje w tym roku na popowym ringu… a jesteśmy dopiero w drugiej połowie wiosny!
