
Podczas prac nad swoją debiutancką płytą Blue Hour McKenzie Ellis znalazła się w samolocie, w który uderzył piorun. Maszyna nagle zaczęła spadać, a pokład szybko wypełnił się zapachem dymu: Ludzie krzyczeli, można było usłyszeć ich strach! Dla 24 – letniej Ellis był to przełomowy moment, nie tylko dlatego, że przeżyła tak przerażające doświadczenie, ale dlatego, że znalazła się w punkcie, w którym zdała sobie sprawę jak rozpaczliwie chciała wyjść z tego zdarzenia żywa. To wtedy narodziła się Mothica, która rozpoczęła życie w trzeźwości i zaczęła wielomiesięczną terapię, podczas której podjęła walkę z depresją. Od tego wydarzenia minęło właśnie pięć lat. Czerpiąc inspirację z osobistej walki o zdrowie psychiczne i krętej drogi prowadzącej do wyjścia z uzależnienia za którymi czaiły się mroczne doświadczenia przemocy domowej i molestowania seksualnego, muzyka stała się dla Mothiki rodzajem terapii. Dzisiaj artystka opublikowała swój trzeci album Kissing Death, opowiadający historię jej tańca ze śmiercią, ale jednocześnie będący afirmacją życia i nowego początku.
Prace nad płytą nie szły tak gładko, jak mogłoby się wydawać. Mothica wciąż bowiem walczy ze swoimi demonami. Ćma jest już bardzo blisko światła, ale mrok wciąż upomina się o swoje. W trakcie nagrań na Kissing Death artystka doświadczyła nawrotu depresji i mimo, że stuknęło jej właśnie pięć lat życia w trzeźwości, wskutek targających nią lęków na pewien czas powróciła do swojego nałogu. Jak sama wspomina proces tworzenia albumu: Nadal jestem człowiekiem i nie wyleczyłam się z wszystkich swoich dolegliwości. Nigdy nie będę osobą, która powie: „Będzie lepiej, po prostu oddychaj!” Zdecydowanie bardziej skłaniam się ku optymistycznemu nihilizmowi. To coś, co naprawdę mi pomogło – kiedy przeszedłeś przez tak wiele i doświadczyłeś tylu upadków zaczynasz myśleć: „Nic nie może mnie teraz zranić! Sama sobie wyrządziłam najwięcej krzywdy i nikt nie może być dla mnie bardziej okrutny, niż ja sama byłam dla siebie.”
Ideą, która przyświecała powstaniu Kissing Death było stworzenie albumu nie tylko muzycznego, ale i wizualnego. Mimo niewielkiego budżetu, artystka postanowiła pójść śladami Beyoncé i zapowiedziała stworzenie teledysków do wszystkich 12 wypełniających go utworów. Nie wiem, czy do końca udało się jej zrealizować pierwotny zamysł, bowiem wraz z premierą wydawnictwa okazało się, że teledysków jest jedynie, albo w sumie aż 8. Odnoszę jednak wrażenie, że promocja płyty może zakładać późniejszą publikację brakujących czterech części. Na pewno należy podkreślić, że Mothica jest artystką niezależną, za którą nie stoją żadne fundusze z wielkiej wytwórni, więc nawet 8 (wcale nie bylejakich!) klipów jak na jeden album i tak jest wynikiem imponującym. Opublikowane do tej pory wizuale opowiadają historię Mothiki w surrealistyczny sposób, czyniąc z niej dla masowego odbiorcy opowieść bardziej metaforyczną. Dzięki temu nie są to tylko klipy traktujące dosłownie o traumach, z którymi zetknęła się artystka, lecz katalizują się w nich różne emocje, które nią targają: W całej warstwie wizualnej jestem widziana w gabinecie terapeuty, wyjaśniając skomplikowaną relację między mną i czyhającą na mnie śmiercią. Teledyski są jak „retrospekcje” tego, co mówię terapeucie.
Historia zaczyna się wraz z wzniosłym, melancholijnym i gitarowym, bardzo osobistym Doomed, który przenosi nas do nastoletnich, buntowniczych czasów Mothiki, kiedy zaczęła ona swoje zmagania z depresją. W garażowym, spowitym mrokiem Red uczestniczymy w jednym z koncertów, które od lat były nieodłączną częścią jej imprezowego życia, a w ponurym, kipiącym elektroniką Curiosity Killed a Moth doświadczamy historii inspirowanej cytatem z książki Stephena Kinga „ciekawość zabija kota” przekształconej w wersję dotyczącą ćmy: Jak ćma do płomienia. Ikar lecący zbyt blisko Słońca. Wraz z wpadającym w synthwave The Reaper przenosimy się na zakrapiane alkoholem afterparty, w trakcie którego artystka pogrąża się w samozniszczeniu. Westernowym klimatem rodem z Oklahomy, z której pochodzi Ellis spowito traktujący o zdrowiu psychicznym, ujmujący popową prostotą Mirage.
Utworem, który powstał jako pierwszy z myślą o trzeciej płycie Mothiki był postawiony na analogowych syntezatorach Toxins. To ten numer wytyczył brzmieniowy kurs całemu Kissing Death, mocno czerpiącemu z nurtu darkwave. W wideoklipie przedstawiono ponurego żniwiarza – prześladowcę, mroczny cień, toksynę, podążającą za Mothiką zawsze, nawet w momentach, w których robiła ona kroki takie jak podjęcie terapii czy rezygnacja z alkoholu. To moment z życia Ellis, w którym śmierć czaiła się na nią dosłownie tuż za rogiem. Dzisiaj sama Mothica wspomina: Jestem w szoku, że przeżyłam połowę tych wszystkich rzeczy, które zrobiłam, ponieważ nie czułam wtedy strachu. Przejażdżkę Mothiki ze śmiercią zwizualizowano w genialnym, muśniętym delikatną gitarą, elektro – bangerze Afterlife, natomiast w subtelnym, emanującym nostalgią Another High pokazano widmo zupełnie nowego początku, już bez śmierci na karku. Teledysk do tego numeru nagrywano podczas zeszłorocznego tournée Mothiki po Europie – znajdują się w nim także ujęcia nakręcone w Polsce.
Oprócz ośmiu piosenek wspartych do tej pory wizualami, Mothica na nowej płycie ulokowała także cztery dodatkowe utwory, które póki co, traktuję jako preludium i epilog do wizualnej historii. Liczę na to, że w najbliższych tygodniach otrzymamy do nich teledyski, ale nawet bez nich numery te wypadają bardzo dobrze. Moją uwagę zwrócił przede wszystkim otwierający album, półtoraminutowy The Void. Mothiko! Błagam, dlaczego to kipiące retrowavem cacko jest takie krótkie! Aż się prosi o publikację wersji rozszerzonej! Zaraźliwe, dark – popowe, syntetyczne brzmienie napędza następujący po nim, opowiadający o wzlotach i upadkach podczas terapii Exit Plan. Oblivion for Two nasuwa mi skojarzenia z teledyskiem do Afterlife, w trakcie którego Mothica pędzi samochodem – tutaj można sobie wyobrazić podobną sytuację, umiejscowioną w bardziej cybernetycznej, futurystycznej, miejskiej rzeczywistości. Całość domyka utwór tytułowy. Kissing Death jest symbolicznym końcem terapii, podczas którego Mothica stanowczo ogłasza: Mam dość całowania śmierci!
Kissing Death bez wątpienia umacnia pozycję Mothiki w krajobrazie współczenego alt – popu / alt – rocka. W przeciwieństwie do eklektycznego Nocturnal jest to album bardziej spójny brzmieniowo i kapitalnie przedstawiony w warstwie wizualnej. Ogromna szkoda, że jest taki krótki – całość trwa zaledwie… pół godziny. Numery takie jak The Void, Afterlife czy The Reaper aż proszą się o to, by wybrzmiewać dłużej! Mothica eksploruje dark – pop czerpiąc garściami z dark i synthwave’u, wplatając to tu, to tam magicznie brzmiące gitary przywołujące a to klimat garażowego rocka, a to przyjemne dźwięki country. Muzykę i teksty poruszające egzystencjalne tematy dopełniają doprawione czarnym humorem, świetnie zrobione teledyski będące wyrazem koncepcji, w której śmierć staje się obiektem westchnień w mrocznej opowieści w stylu komedii romantycznej. Zachęcam do przesłuchania i obejrzenia – bardzo, bardzo, bardzo!

Jedna uwaga do wpisu “Mothica – Kissing Death (2024)”