
Nie ma chyba aktualnie drugiego, tak rozgrzanego do czerwoności fandomu, jak ten stojący murem za Lady Gagą. Artystka konsekwentnie, mniej więcej od końca ubiegłorocznych wakacji serwuje swoim fanom muzyczne fajerwerki, które krok po kroku prowadziły wszystkich wprost do długo wyczekiwanej premiery jej siódmego albumu studyjnego Mayhem. W balladowym duecie z Bruno Marsem Gaga zdążyła wylansować jeden z największych przebojów w swojej karierze. Die with a Smile, nagrodzony niedawno nagrodą Grammy, prawdopodobnie pobił wszystkie możliwe streamingowe rekordy, przebijając w ciągu zaledwie pół roku w samym serwisie Spotify pułap 2 mld odtworzeń. Wszystko wskazuje na to, że wynik ten za kolejne pół roku będzie znacznie, o ile nie dwa razy wyższy. Następnie gwiazda zaserwowała światu powiązany z filmem Joker: Folie a Deux, poboczny, jazzowy projekt Harlequin i opublikowała długo wyczekiwany, dance – popowy bop Disease, opatrzony mrocznym teledyskiem inspirowanym filmem Tima Burtona Edward Nożycoręki z 1990 roku. Piosenka stanęła jednak w cieniu Die with a Smile, windując ostatecznie swój status do rangi średniej klasy przeboju, który jak się okazało, był jedynie wprowadzeniem do kolejnego rozdziału w muzycznej karierze Gagi.
Wydana na początku lutego zaczepna, wykorzystująca do cna wstrzyknięty w nią wiralowy potencjał Abracadabra stała się natychmiastowym tanecznym przebojem na który tak długo czekali fani Stefani Germanotty. Abracadabra bardzo szybko stała się dla Mayhem tym, czym półtorej dekady temu Bad Romance stał się dla The Fame Monster. Oczywiście Bad Romance w ogólnym rozrachunku był większym przebojem, ale kiedy weźmiemy pod uwagę media społecznościowe, to chyba dawno świat nie otrzymał tak cholernie wiralowego numeru. Niewątpliwym atutem tego utworu stało się tkwiące w nim przesłanie, które trafiło jak w dym w wykutą lata temu wzmacniającą queerową społeczność melodię Born This Way. Gaga nie zawiodła swoich tęczowych Little Monsterów, tworząc dla nich prawdopodobnie największy tego typu hymn trzeciej dekady XXI wieku. Co ciekawe, Abracadabra jest największym electro – dance – popowym, zawadiackim bangerem na siódmym krążku gwiazdy. Jest tutaj sporo hitowego materiału, ale to ten numer jest tym, który na parkiecie dosłownie wyciśnie z nas siódme poty.
Przy okazji tego wpisu nie mogę nie wspomnieć, że to wypuszczony cztery miesiące temu Disease był pierwotnie zapowiedziany jako pierwszy, główny singiel, który miał zwiastować album Mayhem. Ballada Die with a Smile, zgodnie z wypowiedziami managementu i samej współautorki piosenki była rozpatrywana w kategorii pobocznego projektu. Projektu zrodzonego z przypadkowych odwiedzin Marsa w zlokalizowanym w Malibu studiu, w którym akurat Gaga kończyła nagrania do albumu. Numer został ukończony jako duet w zaledwie jedną noc! Kiedy sukces Die przebił najśmielsze oczekiwania samej Gagi i jej wytwórni, a Disease okazał się znacznie słabszym singlowym zawodnikiem, błyskawicznie zmieniono strategię, doklejono balladę do płyty Mayhem (myślicie, że to przypadek, że jest ona closerem całego albumu?) a menadżer Gagi w wywiadzie dla magazynu Rolling Stone odkręcał rzeczywistość, twierdząc, że Die od początku miał być pierwszym singlem z Mayhem. Cóż, macie tutaj modelowy przykład tego, jak rynkiem muzycznym steruje marketing i pieniądze. Która wytwórnia chciałaby mieć dzisiaj w momencie premiery album z liczbą niespełna 300 mln streamów, jeśli przez przypadek może mieć na dzień dobry krążek z wynikiem 2,3 mld odtworzeń? A to tylko wyniki z platformy Spotify, czyli zaledwie 30% rynku serwisów audio! Dodając resztę serwisów i przeliczając całość na ekwiwalenty wytwórnia Gagi ma na starcie całościowo świetnie sprzedającą się płytę, która dzięki takiej sztuczce o wiele szybciej łapie się na przyznawane jej oficjalne certyfikaty. Jak to Kora kiedyś śpiewała: Zżera mnie żądza, żądza pieniądza! Ach, bach, bach, bach, bach! Uch, buch, buch, buch, buch, maszyna w ruch!
Mniejsza z tym – w dobie streamingu tradycyjne wytwórnie po prostu muszą kombinować. Gaga jako artystka nie musi, a Mayhem jest tego idealnym przykładem. Gwiazda powraca do swoich dance – popowych korzeni, po raz kolejny objawiając się światu jako ta, która kapitalnie potrafi lawirować pomiędzy gatunkami, czerpiąc z nich to, co najlepsze i kreując nowy, pełen emocji i brzmieniowych niuansów album, prawdopodobnie jeden z lepszych w swoim dorobku. Tak! Mayhem jest jedną z bardziej udanych produkcji Gagi, którą można śmiało postawić obok ikonicznych już dzisiaj projektów The Fame czy Born This Way. Niestety, tak jak tamte albumy, tak i Mayhem momentami cierpi na przypadłość, której Gaga nie wyzbyła się do dziś: płyta zawiera perfekcyjne dance – popowe bangery, które z pewnością trwale zapiszą się na kartach współczesnego mainstreamu, jak i typowe dla niego, nie mające większego znaczenia dla Gagi, ani tym bardziej dla słuchacza wypełniacze. Przyznam jednak, że o ile na pierwszych płytach Stefani czy choćby na Chromatice były one czasami wyjątkowo mierne, tak tutaj podpicowano je do rangi fillerów z tej wyższej półki. Podobnie jak na większości poprzednich albumów, średnie kawałki wjeżdżają w drugiej połowie albumu, tuż przed typowym dla Gagi, niezłym finałem. Do takich utworów bez wątpienia można zaliczyć electro – popowy LoveDrug z fajnie wplecioną gitarą elektryczną, uwydatnioną zwłaszcza w finalnej partii utworu czy niezbyt wydumane, liźnięte disco Don’t Call Tonight, zalatujące momentami Anywhere Rity Ory. Niczym szczególnym nie wyróżnia się także How Bad Do U Want Me, które brzmi jakby zostało żywcem wyrwane z bardziej popowego repertuaru Taylor Swift. Wchodzi nieźle, ale czy jest lepsze od takiego You Need to Calm Down? Niekoniecznie.
Utworem, który z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie numerem, który podzieli fanów na tych, którzy go pokochają i tych, którzy go znienawidzą będzie współpraca z Gessafelsteinem, piosenka Killah, z której Gaga jest na tym krążku najbardziej dumna. Jest to najbardziej eksperymentalny kawałek na Mayhem, mieniący się echem U2 z albumu Pop oraz ekstrawaganckim, funkowym, uwydatnionym głównie w wokalu, stylem ejtisowego Prince’a czy Daft Punk. Ja jeszcze nie wiem, do której grupy fanów należę – chyba jestem gdzieś pośrodku. Są w tej piosence momenty, które mnie drażnią, ale rozpatrując ją całościowo nie mogę powiedzieć, że jest to zła produkcja. W sumie mogłaby być jeszcze bardziej odjechana. Bez względu na to, Gaga na tle pozostałych utworów znacząco wychodzi tutaj ze swojej strefy komfortu. Natychmiastowym przebojem, takim w deseń singlowej Abracadabry, który bez wątpienia będzie przez fanów jednym z najbardziej lubianych części Mayhem, jest Shadow of a Man. Klubowy i radiowy killer, w pewien sposób retrospektywne spojrzenie Gagi na swoją karierę w której tańczy ona w cieniu mężczyzn znajdujących się tuż obok niej. Numer z rewelacyjnym, infekującym głowę refrenem, wykończony elektryczną gitarą w deseń LoveDrug. Takiej Gagi mi brakowało! Piosenką, na którą bardzo czekałem był Zombieboy, którego fragment umieszczono w teledysku do Disease. Czekałem, czekałem i… nie rozczarowałem się! Sprytnie wpleciona, przebijająca się przez utwór fraza put your paws up, partie z oklaskami oraz sam tytuł i tekst stanowią wyraźne nawiązanie do piosenki i teledysku Born This Way. Do tego ten wsamplowany bądź interpolowany, występujący na początku motyw z Let’s Dance Davida Bowiego i a la metalowa gitarowa solówka!
Zombieboy nie jest jedynym utworem, w którym pojawia się motyw z hitowego przeboju Bowiego. Wsłuchajcie się w Vanish Into You – usłyszycie go jeszcze wyraźniej. Nostalgiczny, naładowany elektroniką, podbity fortepianem i gitarą, wpadający trochę w klimat wczesnej, bardziej popowej, solowej Gwen Stefani kawałek ma być kolejnym singlem promującym Mayhem. Zbyt zachowawczy wybór. Ja postawiłbym jak nie na konwencjonalny, ale zaczepny Shadow of a Man to na… electro – grunge’owy Perfect Celebrity. Wow, jaki to jest kawałek! Prawdziwa esencja Gagi, kierująca jej uwagę w tematykę The Fame Monster. Perfect Celebrity był pierwszym, roboczym tytułem albumu. Po nagraniu tej piosenki Gaga chciała przerobić pozostałe utwory na electro – grunge’ową modłę, ale idea prawdziwego chaosu zawładnęła nią na tyle, by finalnie pozostawić powstałe utwory takimi, jak one pierwotnie brzmiały. Nie dziwię się, że ten kawałek wywarł na Gagę taki wpływ – jest to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy moment Mayhem. Mocnym punktem albumu jest także wsparte charakterystycznymi dla Bad Romance zaśpiewami Garden of Eden, które zostało ogłoszone przez stację ESPN oficjalnym motywem przewodnim wyścigów tegorocznego sezonu Formuły 1. Piosenka czerpie nie tylko z Bad Romance, ale ma w sobie też coś z wydanego w 2006 roku przeboju Muse Supermassive Black Hole. Mam wrażenie, jakby Garden powstało na szkielecie największego hitu brytyjskiego bandu. Nie jest to jednak zrzynka, jakich wiele w popowym świecie. Raczej mam na myśli delikatną i bardzo elegancką reminescencję tej piosenki. A może to tylko wyłącznie moje skojarzenie?
Mayhem w zasadzie praktycznie do końca nie traci tempa. Ballady zaczynają grać pierwsze skrzypce dopiero pod koniec albumu. Jak nie przepadam za tego typu nagraniami, tak tutaj naprawdę warto na nie czekać. Zarówno wypełniony mieszanką soft rocka i elektroniki The Beast jak i emocjonalnie zaśpiewane, fortepianowe, klasyczne Blade of Grass trzymają najwyższy poziom. Grass jest dla mnie koncertowym pewniakiem. Idealny kandydat do wykreowania stadionowej magii: zakochana po uszy Gaga, gitara, fortepian i nic więcej nie trzeba, żeby publiczność odleciała. Słuchając tej piosenki mam nieodparte wrażenie, że to ona została przewidziana jako closer płyty. Die with a Smile, występujące zaraz po niej w jakiś sposób wpisuje się w ten balladowy set, ale nijak nie pasuje mi tu jako koniec tak osobistej i retrospektywnej historii Gagi jaką jest Mayhem. Można go potraktować jako hitowe zwieńczenie całego projektu, wielki bonus. Tak ten utwór będzie tutaj działał. W kit o stworzeniu go z myślą o całej płycie nie uwierzę za nic w świecie.
Nowy album Lady Gagi jest bardzo dobrze napisanym i wyprodukowanym, pełnym infekujących głowę melodii i zwrotów akcji projektem, odwołującym się do stylu, który Stefani wraz z swoim debiutem wpuściła na salony mainstreamu. Salony, które z wybuchem dance – electro – avant – popowej supernowej The Fame/The Fame Monster trwale przyjęły sposób myślenia Lady Gagi i uczyniły ją jedną z ikon współczesnej muzyki popularnej. Dzisiaj Gaga nie zrzuca już jednak drugiej takiej bomby atomowej na cały mainstreamowy, muzyczny półświatek. Nie zrzuca, ponieważ wcale nie musi tego robić. Rynek cały czas, konsekwentnie od 2008 roku eksploruje electro – pop do granic możliwości. W zalewie streamingowych nowości, Gaga odtwarza i utrwala więc swoje podstawowe wartości, na których zbudowała swoją sławę: brudne, syntetyczne, popowe brzmienie, wrzynające się w głowę refreny i awangardowe, odważne, dopracowane do ostatniej klatki wideoklipy. Do tego należy dołączyć elektryzujące ballady, z których artystka zasłynęła w ostatnich latach i magię, którą roztacza wraz z nimi w trakcie swoich występów. Mayhem, niestety jak wszystkie poprzednie płyty Gagi zawiera kilka słabszych, powtarzalnych momentów, nie jest wcale taki mroczny, na jaki jest przez nią kreowany, ale jest albumem, który wciąż plasuje Mother Monster w roli jednej z najbarwniejszych gwiazd we współczesnej muzyce pop. Walka o bilety na nadchodzącą trasę koncertową będzie zacięta!

2 uwagi do wpisu “Lady Gaga – Mayhem (2025)”