
Rosalía Vila Tobella, bądź jak kto woli Rosalía, jest obecnie jedną z najjaśniejszych gwiazd współczesnej muzyki popularnej wywodzących się z Hiszpanii. Ze względu na swoje nietypowe podejście do muzyki polegające na łączeniu tradycyjnych elementów flamenco z współczesnymi gatunkami muzycznymi tj. pop, hip – hop, r&b, reggaeton czy muzyka elektroniczna artystka przebiła się także do świadomości publiczności międzynarodowej. Począwszy od swojego debiutu w 2017 roku z albumem Los Ángeles gwiazda z albumu na album pnie się w muzycznych rankingach, zyskując ogromne uznanie krytyków muzycznych i słuchaczy. Nie będę ściemniał – Rosalía nie była do tej pory w ścisłym kręgu mojego zainteresowania. Nie była mi to jednak artystka zupełnie obca, ponieważ współprace, które podjęła na przestrzeni ostatnich kilku lat z The Weeknd’em, Billie Eilish czy Travisem Scottem skutecznie wyeksponowały jej nazwisko poza rodzimą Hiszpanią. Świat został więc w pewnym sensie przygotowany na premierę jej czwartego albumu. W pewnym sensie, ponieważ prawdopodobnie mało kto spodziewał się, że Rosalía wyda płytę, która przyćmi niemal wszystko, co zadziało się w tym roku (o ile nie w ostatnich kilku latach) w szeroko pojętym nurcie muzyki popularnej.
LUX, bo o tej produkcji mowa, to wielkie, czteroczęściowe, wysycone feminizmem, mistyką i duchowością dzieło inspirowane tragicznymi historiami świętych kobiet, filozofek, męczennic i postaci religijnych z różnych kultur tj. św. Teresa z Ávili, św. Olga z Kijowa, Hildegarda z Bingen, św. Róża z Limy, żydowska prorokini Miriam czy muzułmańska mistyczka suficka Rabia Basri. Ich życie i dziedzictwo odzwierciedlają teksty zaśpiewane w 13 językach, przy akompaniamencie Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej z uwzględnieniem rozmaitych, kompletnie odjechanych kontekstów wywodzących się z muzyki klasycznej, flamenco, popu i tradycyjnej muzyki folkowej z Portugalii, Hiszpanii czy Włoch. Album powstawał ponad dwa lata i był nagrywany we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Lwią część czasu Rosalía poświęciła na badanie sposobu pisania i śpiewania w innych językach. Efekt jest imponujący – artystka we wszystkich piosenkach brzmi tak, jakby języki w których śpiewa znała od urodzenia! Co jest warte podkreślenia, Rosalía wyśpiewuje w językach obcych nie pojedyncze wersy, a całe zwrotki. W jednym z wywiadów sama uzasadniła taki sposób nagrywania: Chciałam śpiewać w innych językach, chciałam lepiej zrozumieć inne kultury i nauczyć się więcej. Imponująca jest także oprawa płyty, na którą w wersji winylowej złożyło się aż… 80 zdjęć!
Rozmach, który towarzyszył powstawaniu całego projektu sprawił, że kiedy artystka wydała pierwszy singiel Berghain, dosłownie w momencie wznieciła tsunami zainteresowania sobą, płytą i wszystkimi rzeczami powiązanymi z wydawnictwem. Dodatkowym faktorem, który spowodował wzrost zainteresowania albumem w naszym kraju był fakt, że teledysk do Berghain Rosalía nakręciła w Warszawie. W nagrany w przy udziale londyńskiej orkiestry i katalońskiego chóru trzyminutowy numer oddający zgodnie z słowami autorki napięcie występujące między światłem a ciemnością, wkomponowano operowy śpiew Rosalii w języku niemieckim i hiszpańskim oraz błogosławieństwo ze strony jednej z największych współczesnych awangardowych artystek w popkulturze – Björk. Całość wykończono powtarzaną przez Yvesa Tumora tyradą Mike’a Tysona z 2002 roku skierowaną do swojego przeciwnika, Lennoxa Lewisa. Piosenka opowiada o przechodzeniu przez żałobę, odnajdywaniu w sobie wewnętrznej siły po stracie i ostatecznym pogodzeniu się z nią, co prowadzi do emocjonalnego uzdrowienia i poczucia wolności: Słowo Berghain oznacza dosłownie „górski gaj”. Dla mnie to metafora. Wszyscy mamy w sobie taki las myśli, w którym można się zagubić. Nie gloryfikuję zła, ale ciemność jest częścią życia. Jest taki cytat, który bardzo lubię: „Artysta, który idzie obok diabła, kładąc mu rękę na ramieniu, może poszerzyć nasze rozumienie zła.” Zgadzam się z tym w pełni. Czasem, żeby dostrzec światło, trzeba przejść przez mrok.
Taki jak Berghain jest cały LUX – bezpośredni, zaskakujący, świetlisty, nadnaturalny, rozmontowujący wszelkie struktury, naginający rytmy, pełen napięcia, ale i rozwagi. Mamy tutaj do czynienia z wzniosłymi niczym Monut Everest melodiami: osobistym, ale też smutnym, wzbogaconym krystalicznymi dźwiękami fortepianu utworem Reliquia, operowym, dramatycznym i zarazem majestatycznym, będącym hołdem dla Marii Callas Mio Christo Piange Diamanti czy śpiewanym po portugalsku z udziałem fadystki Carminho, czerpiącemu garściami z fado, refleksyjnemu Memória. Nagrane według Rosalii z perspektywy Boga Dios En Un Stalker zdynamizowano kapitalnym połączeniem dźwięków trąbek, bębnów i fortepianu, a połączenie wokali Estrelli Morente, Sílvii Pérez Cruz oraz chóru Montserrat w ognistym La Rumba Del Perdón stało się podwaliną dla prawdopodobnie najbardziej wyzwoleńczego hymnu tego albumu. Na LUX znalazło się także miejsce dla wyjątkowo wdzięcznego, przepełnionego ciepłem Divinize, utrzymanej w stylu walca ballady La Yugular łączącej hiszpańską ekspresję z arabskim chórem, zakończonej głosową notatką Patti Smith oraz śpiewanej po hiszpańsku i ukraińsku, bazującej na flamenco kompozycji De Madrugá. Całość domknięto egzystencjalną rozprawą na temat śmierci w postaci Magnolias, w której emocje związane z odejściem zostały zawoalowane w absolutnie każdym fragmencie wokalu Rosalii.
Wszystkie wymienione wyżej i pozostałe, składające się na LUX utwory nieustannie zmieniają się, ewoluują w brzmieniu, pozostając nawet w najbardziej oszczędnych fragmentach potężnym generatorem emocji i myśli, które wypływają z nich niczym wodospad ze skały. Ktoś, kto nie ma czasu na cały album, niech nie zabiera się za jego pobieżne słuchanie. To płyta nad którą trzeba się zatrzymać, odsłuchać od początku do końca, przeżyć ją, przetłumaczyć sobie teksty, poznać historie kryjące się za nimi. Ktoś gdzieś napisał, że LUX to swoista encyklopedia humanizmu. Zgadzam się. Warto w tym momencie także podkreślić, że używając symboliki religijnej, Rosalía mocno spolaryzowała swoją rodzimą Hiszpanię, której katolickie dziedzictwo jest niezmierzone, podobnie zresztą jak w przypadku naszego kraju. To jednak świadomy, inteligentny zabieg zmuszający ludzi do myślenia i spojrzenia na kulturę oraz dziedzictwo własnego narodu z bardziej mistycznego punktu widzenia, cechującego się bardziej kontemplacyjnym charakterem, stawiającym przeżycie duchowe ponad poznanie racjonalne. Z tego punktu widzenia LUX jest nie tyle pewnego rodzaju encyklopedią humanizmu, ale i mistycyzmu, które mimo, że jako filozoficzne nurty wyrastają z różnych założeń, to łączą się w przekonaniu, że człowiek ma potencjał do głębokiego poznania i rozwoju poprzez swoje wewnętrzne, osobiste doświadczenia, a nie tylko przez zewnętrzne nakazy czy religijne dogmaty.
LUX jest tym typem albumu koncepcyjnego, który trzeba absolutnie rozpatrywać jako jedność. Nie ma tutaj lepszych lub gorszych utworów – każdy jest wyjątkowy i niesie ze sobą pewną historię, różne emocje, przemyślenia czy przesłanie. Albo kupujesz LUX w całości, albo nie – innej opcji nie ma. Ktoś, kto będzie chciał odnaleźć tutaj avant – art – pop w stylu, który swego czasu lansowała np. Lady Gaga, nie ma tutaj czego szukać i będzie absolutnie rozczarowany. W zalewie prostych struktur muzycznych, które dominują na rynku, Rosalía robiąc płytę z udziałem orkiestry i chóru, tak mocno wchodzącą w historię i symbolikę religijną oraz czerpiącą z muzyki klasycznej prezentuje wyznawcom współczesnego mainstreamu poziom emocjonalnej wrażliwości, który jest im praktycznie nieznany. Mało kto na rynku lansuje coś takiego, ponieważ nie jest to materia konsumpcjogenna. To między innymi dlatego LUX jest odbierany jako szalone, epickie i monumentalne wydarzenie będące antidotum na natychmiastową monomanię muzyki. Żeby zrobić coś takiego w nurcie popowym, trzeba mieć dużą odwagę, której Rosalii nie brakuje od momentu debiutu w 2017 roku. LUX to celebracja jej unikalnego stylu – Rosalía lśni tutaj jako artystka, której kariera wyrosła na przełamywaniu oczekiwań. Coś wydaje Ci się oczywiste, włączasz jej album i zdajesz sobie sprawę, że już takie nie jest. Podchodząc do LUX, pomyślcie o Rosalii widniejącej na okładce, ubranej w kornet zakonnicy i będącej jednocześnie wsadzoną w kaftan bezpieczeństwa – potem już tylko słuchajcie. Takich artystek nam dzisiaj trzeba!
