
Blood on the Dance Floor: HIStory In the Mix został wydany w maju 1997 roku, dwa lata po dwupłytowym wydawnictwie HIStory: Past Present and Future Book I. Płyta, rozchodząc się w liczbie 6 mln egzemplarzy stała się najlepiej sprzedającym się remix – albumem w historii muzyki popularnej. W momencie premiery krążek został przyjęty dość chłodno i dla wielu fanów Jacksona był sporym rozczarowaniem. Wyniki płyty wyraźnie pokazały spadek popularności Michaela w USA. Jego muzyka zaczęła wtedy przegrywać w starciu z fatalną prasą, jaką Król Popu miał wówczas w swoim rodzimym kraju. Nie bez znaczenia był fakt, że ostatnia wielka trasa koncertowa Jacksona HIStory World Tour z wyjątkiem dwóch koncertów na Hawajach w całości ominęła USA. W ramach tego tournée Michael 20 września 1996 roku zagrał także przed 120 tys. publicznością na warszawskim Lotnisku Bemowo. Mało kto pamięta, ale na kilka dni przed premierą Blood, tym razem w celach biznesowych, Król Popu odwiedził nasz kraj ponownie a wytwórnia Sony wyeksponowała u nas premierę jego nowej płyty maksymalnie jak to było wtedy możliwe.
Dlaczego właśnie od tego albumu rozpoczynam swoją przygodę z retrospektywnymi recenzjami wydawnictw Michaela, skoro ma on w swoim dorobku o wiele potężniejsze i ikoniczne dokonania? Powód jest prosty: to od tej płyty ponad dwie i pół dekady temu rozpoczęła się moja styczność z dorobkiem Króla Popu. Blood był pierwszą albumową erą Jacksona, którą miałem okazję przeżywać i obserwować w mediach jeszcze jako dziecko. Do dzisiaj pamiętam niezliczone reklamy płyty w kolorowych gazetach czy tytułowe nagranie przewijające się przez krajowe stacje radiowe. O Jacksonie, który przyleciał do Polski trąbiły wtedy wszystkie media a jego muzyką mniej lub bardziej ale jednak zachwycało się pół mojej rodziny. Nie mogło to umknąć mojej pamięci. Dzisiaj wracam do tego albumu głównie przez jego zawartość, na którą składa się pięć premierowych nagrań i osiem remiksów utworów pochodzących z płyty HIStory. O ile remiksy grzeją mnie co najwyżej letnio lub w ogóle, tak nowe nagrania od lat należą do czołówki moich ulubionych piosenek Jacksona.
Dlaczego zamiast longplay’a świat otrzymał wtedy hybrydę starego i nowego materiału? Blood jako projekt wydawniczy nigdy nie był rozpatrywany w kontekście pełnego albumu studyjnego. Michael z myślą o promocji trasy HIStory World Tour pierwotnie chciał wydać tylko maxi – singiel z kilkoma nowymi nagraniami. Wytwórnia Sony nalegała na dołączenie do tych utworów pakietu remiksów z płyty, którą promowało tournée. Jackson ostatecznie przystał na ich propozycję, ale początkowo był krytycznie nastawiony do tego pomysłu: Nie podoba mi się, że inni przychodzą i całkowicie zmieniają moje piosenki, ale Sony twierdzi, że dzieciaki uwielbiają remiksy. Szczegóły projektu omówiono podczas australijskiego etapu tournée, w Perth. Blood od początku miał być skierowany głównie do europejskiej publiczności i zostać wydany tuż przed startem drugiego etapu trasy koncertowej na Starym Kontynencie. Z ekipy, która pracowała nad albumem HIStory wydzielono mniejszy zespół, który na początku 1997 roku razem z Jacksonem zamknął się w studiu w celu przygotowania materiału na płytę. Oprócz remiksów na warsztat trafiły niewydane wcześniej utwory z poprzednich sesji nagraniowych do albumów Dangerous (Blood on the Dance Floor i Superfly Sister) i HIStory (Ghosts, Morphine oraz Is It Scary). Futurystyczna sesja okładkowa miała powstać w Tokio, ale z racji silnego przeziębienia Jacksona została odwołana i ostatecznie stworzenie frontu nowej płyty powierzono Willowi Wilsonowi, który namalował Jacksona bazując na zdjęciach wykonanych przez Billa Nationa w trakcie kręcenia teledysku do tytułowego singla.
Tytułowy utwór powstał w okolicach 1990 roku, sam Jackson nagrał go w całości rok później, ale na etapie kompletowania tracklisty albumu Dangerous, dosłownie w ostatniej chwili piosenka trafiła do szuflady. Numer był jednak na tyle dobry, że logiczne stało się sięgnięcie po niego przy okazji następnych projektów Jacksona. Powstanie albumu takiego jak Blood okazało się idealnym momentem na odkurzenie utworu. Dudniący od techno – beatu, liźnięty funkiem i new jack swingiem numer zawierał w sobie wszystkie charakterystyczne cechy klasycznego stylu Jacksona począwszy od westchnień, rozmaitych ad – libów, czkawki czy wokalnego warstwowania. Muzycznie Blood można nazwać ostrzejszą wersją Remember the Time (i prawdopodobnie ze względu na to podobieństwo Blood nie wszedł w program płyty Dangerous). W 1997 roku piosenka została oceniona dość chłodno, zwłaszcza w USA, gdzie nie dotarła nawet do Top 40 głównej listy Billboardu. Reszta świata ponownie rzuciła się jednak w wir tańca z Jacksonem, a upływ czasu zmienił postrzeganie utworu, który dzisiaj jest uznawany za jeden z najciekawszych kawałków Króla Popu z lat 90.. Drugim numerem pochodzącym z sesji do Dangerous, moim zdaniem najsłabszym z pięciu premierowych kawałków zawartych na Blood, jest Superfly Sister. Piosenka będąca krytyką współczesnej miłości, w której osobista przyjemność staje się ważniejsza niż sam związek charakteryzowała się wyraźnym, funkowym brzmieniem. Numer posiadał także sporo typowo ejtisowych, syntezatorowych sztuczek, pozwalających stwierdzić, że powstał on pod koniec lat 80., jeszcze przed modą na house i new jack swing. Jak na utwór, który został odrzucony i tak jest nieźle – wielu artystów nie pogardziłoby takim przebojem w swoim repertuarze.
Ghosts i Is It Scary pierwotnie miały trafić na ścieżkę dźwiękową do Rodziny Addamsów II. Oskarżenia o molestowanie, które zachwiały karierą Michaela w 1993 roku zmieniły jednak te plany i numery były później dopracowywane z myślą o płycie HIStory, ostatecznie nie wchodząc jednak w jej program. Jackson doszlifował je w momencie prac nad filmem krótkometrażowym Ghosts – swoim najdłuższym, trwającym 38 – minut teledyskiem, którego produkcja pochłonęła 15 milionów dolarów (wyciągniętych na ten cel z własnej kieszeni). Utwór Ghosts cechował kapitalny refren, abstrakcyjne, horrorowe partie perkusji, upiorny klimat, przejmujący, a la gotycki chórek i surrealistyczna elegancja, w którą Michael ubrał całość wokalnie i kompozycyjnie. Numer i towarzyszący mu wizual miał być pewnego rodzaju następcą Thrillera. Jackson pozbył się pierwotnych powiązań z Rodziną Addamsów, czyniąc z tych dwóch utworów i filmu jedne z swoich najbardziej osobistych manifestów. Posługując się mroczną metaforą domu, miejsca osobistej samotności, Jackson w postaci tytułowych Duchów namalował obraz ataków na swoje życie osobiste w postaci gróźb i zdrad, które bombardowały go wtedy z wszystkich stron. Z kolei gotycko – horrorowy, rytmiczny i agresywnie zaśpiewany Is It Scary stanowił głęboki wgląd w jego psychikę – człowieka wyśmiewanego, sprowadzonego przez media do roli dziwaka z cyrku.
Z punktu widzenia wydarzeń, które doprowadziły do śmierci Jacksona w 2009 roku, dzisiaj najważniejsza na Blood wydaje się kompozycja Morphine. To prawdopodobnie najbardziej złowieszczy, nieoczekiwany i osobisty utwór jaki kiedykolwiek wydał Jackson. Wygłaszane z tłumionym gniewem, atakujące słuchacza, pełne zniekształconych gitar (na których zagrał Slash) i ciężkiego industrialnego rytmu wersy odzwierciedlają presję życia, która popycha do szukania ucieczki, poczucia ulgi w narkotykach – w przypadku Jacksona lekach. W momencie aplikacji demerolu, mechaniczna ścieżka dźwiękowa przechodzi w klasyczną aranżację obrazującą błogość, ucieczkę od świata, która postępuje wraz z wzrostem działania zaaplikowanego narkotyku. Ucieczka kończy się fiaskiem, a postępujące uzależnienie bierze górę, czyniąc z człowieka niewolnika narkotyku. Proroczy utwór – przyznanie się do problemu z którym przez lwią część swojego życia borykał się Michael. Wszystkie nowe utwory, mimo, że przy okazji wydania Blood zostały jedynie dopracowane, kontynuują osobisty charakter albumu HIStory, przybierając jeszcze bardziej agresywną, gorzką i gniewną formę wyrazu. To bardzo treściwe, pełne energii kawałki, naszpikowane rozmaitymi szczegółami, które wyskakują jeden po drugim, gdy tylko podkręci się głośność. Jakie to byłoby świetne wydawnictwo, gdyby przybrało formę pełnego albumu!
Co z remiksami? Są to miałkie produkty swoich czasów, nie stanowiące dzisiaj żadnej większej wartości dodanej do twórczości Króla Popu. W przeciwieństwie do Madonny, która odnalazła w remiksach kapitalną niszę do reinwencji, Jackson respektował popularność remiksów, które eksponowały jego nową muzykę w klubach, ale ogólnie nie był wielkim fanem dłubania przez inne osoby w jego dorobku. Większość działań w tym zakresie należała więc do jego wytwórni. Sony widziało dobry interes w koncepcji remix – albumów. Dowodem na to jest fakt, że po Blood Jacksona tego typu produkcje zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, często sztucznie przedłużając ery albumów studyjnych i generując łatwe zyski przy stosunkowo szybko spadającej sprzedaży fizycznej. Moim zdaniem tak nasycone szczegółami i nagrywane z ogromnym pietyzmem studyjne nagrania Jacksona nigdy specjalnie nie nadawały się do remiksowania. Wyciągnięcie czegoś extra z jego piosenek zawsze było niebywale karkołomnym zadaniem. Na Blood uwagę zwracają Scream Louder (Flyte Tyme Remix) zawierający elementy funkowej kompozycji zespołu Sly and the Family Stone Thank You (Falettinme Be Mice Elf Again), energetyczny 2 Bad (Refugee Camp Mix) z odtworzoną linią melodyczną z Beat It, rapem Johna Forte i gitarowym solo Wyclefa Jeana oraz zainspirowany disco, lecz zdecydowanie za długi HIStory (Tony Moran’s HIStory Lesson). W ucho może wpaść także house’owa, acz też ciągnąca się w nieskończoność reinkarnacja ballady Stranger in Moscow (Tee’s In – House Club Mix). Kompletnym nieporozumieniem są natomiast zrobione bez żadnego polotu mixy Money (Fire Island Radio Edit) i This Time Around (D.M. Radio Mix) oraz absolutnie tandetne Earth Song (Hani’s Club Experience) i You Are Not Alone (Classic Club Mix). Dzięki temu ostatniemu remiksowi nie znoszę ballady You Are Not Alone po stokroć bardziej, niż w i tak wystarczająco okropnej wersji pierwotnej.
Blood on the Dance Floor: HIStory In the Mix jest hybrydą utworów, które miały w momencie premiery podkręcić popularność Michaela Jacksona w klubach i pokazać, że mimo fatalnej prasy jest on wciąż artystą płodnym, na którego muzykę warto czekać. Niestety publiczność w USA była wyraźnie zdezorientowana czym właściwie jest to wydawnictwo – czy albumem studyjnym, czy jakąś kolejną kombinacją starych i nowych utworów a la album HIStory. Amerykanie średnio lubili takie niestandardowe wydawnictwa, zwłaszcza w przypadku ikon muzyki. Jacksonowi nie pomógł także fakt, że hejt na jego osobę miał tam wtedy takie wzięcie, że zwyczajnie nikomu nie opłacało się pisać czegokolwiek pozytywnego o jego (nie do końca) nowej muzyce. Przykre, ale prawdziwe. Gdyby to był album studyjny, z o wiele większym budżetem na marketing, pewnie byłoby łatwiej odwrócić ten trend. Zróżnicowana etnicznie Europa zawsze była mniej stygmatyzująca i bardziej otwarta na muzyczne eksperymenty, a fakt, że Król Popu objechał ją wzdłuż i wszerz w 1996 roku, a potem w 1997 roku zadziałał na sprzedaż tej płyty niczym ekstra booster. Bez względu na uwarunkowania, w których ten krążek został wydany, jest to wydawnictwo, które gdyby przybrało formę longplaya, nawet z 10. czy 11. premierowymi kawałkami, prawdopodobnie byłoby dzisiaj postrzegane jako jeden z najciekawszych albumów Jacksona. Halloweenowy i taneczny, bawiący się konwencjami, osobisty, mroczny, ale wciąż muzycznie wycackany Michael kapitalnie domknąłby erę tradycyjnego popu w przededniu wyjścia z podziemia muzyki elektronicznej. A tak, będąca recyrkulacją piosenek, będących w swojej pierwotnej formie już nie do podrobienia, z zaledwie kilkoma nowymi kawałkami kombinacja Blood on the Dance Floor: HIStory In the Mix stała się z biegiem lat jedną z najbardziej zapomnianych płyt w jego dorobku. Odkurzcie ją, szczególnie dla pierwszych pięciu numerów!

Jedna uwaga do wpisu “Michael Jackson – Blood On the Dance Floor: HIStory In the Mix (1997)”