
Wydany w połowie 2020 roku What’s Your Pleasure? stał się miodem na serca spragnionych tańca fanów retro – disco. Mimo wstrzymanej przez pandemię działalności koncertowej, Jessie Ware, po serii trzech eksplorujących dojrzalsze brzmienia albumów postanowiła zaryzykować i prawdopodobnie w najtrudniejszym dla tego typu albumu czasie pokazała, że naprawdę czuje rytm. Ware porwała na wirtualny parkiet tłumy słuchaczy i błyskawicznie wyrosła na jedną z czołowych brytyjskich przedstawicielek disco – revivalu. Romans z disco szybko przerodził się w dłuższy związek. W 2023 roku gwiazda sięgnęła jeszcze bardziej do korzeni gatunku, prezentując światu nasyconą funkiem i energią lat 70. płytę That! Feels Good!. Dzisiaj diva nowoczesnego wcielenia muzyki tanecznej postanowiła uzupełnić swój euforyczny dorobek o jeszcze jeden krążek, tym razem dający słuchaczom, zgodnie z zapowiedziami samej autorki, olśniewający zastrzyk groove – popu w stylu Studia 54. Czy obietnica złożona przez Jessie i tym razem została spełniona?
Od chwili wydania What’s Your Pleasure? próbowałam tego świata fantazji i ucieczki od rzeczywistości. Nie jestem typową gwiazdą popu, ale uwielbiam bawić się przebierankami, blichtrem i dobrą zabawą. Chociaż uwielbiam muzykę taneczną, chciałam na tej płycie sięgnąć głębiej – nawiązać kontakt z prawdziwymi relacjami i docenić miłość, którą czuję, a także lęk przed jej utratą. – tak Jessie Ware kilka tygodni temu zaanonsowała swoje szóste studyjne cacko. Tak, cacko! Podobnie jak na dwóch poprzednich płytach, tak i tym razem Jessie aktywnie zaangażowała się w współtworzenie i aranżowanie nowych utworów, zachowując nad całym projektem ścisłą kontrolę kreatywną. Na producencki pokład Jessie wciągnęła m.in. Jamesa Forda, Jona Shave’a i Stuarta Price’a, a inspiracji do nowych nagrań szukała u Whitney Houston, Barbry Streisand czy Grace Jones. I tak, jak What’s Your Pleasure? był jedną wielką, całonocną imprezą w rytmie disco, That! Feels Good! porwał wszystkich na oldschoolowe after – party, tak wraz z wydanym właśnie Superbloom Ware zaprasza nas na ociekający blichtrem, ale i wyjątkowym szykiem bal. Bal, na którym ludzie nie tylko rzucają się w wir tańca, ale rozmawiają, śmieją się, wzruszają, dzielą się z innymi swoją miłością, wznoszą toasty, wspominają i celebrują ważne chwile. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiego zaproszenia! Przyjrzyjmy się w takim razie, czy ten bajkowo zarysowany koncept przełożył się na równie baśniowo brzmiącą całość.
Skłamałbym, gdybym napisał, że wydany na pierwszym singlu I Could Get Use to This powalił mnie na kolana. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie teledysk, po kilku odtworzeniach samej piosenki wróciłbym do niej pewnie dopiero przy odsłuchu albumu i nie wiem, czy na tym by się nie skończyło. W porównaniu z absolutnie wystrzałowym hymnem Free Yourself, który zainaugurował promocję poprzedniej płyty, ten klasyczny, pop – funkowy kawałek w roli singla odpada w przedbiegach. Nie można powiedzieć, że jest to numer zły – smyki, wokale czy bas brzmią w nim obłędnie! Brakuje tu jednak pewnego rodzaju walnięcia, które moim zdaniem powinna mieć ta główna piosenka zapowiadający nowy, duży projekt. Takiego, że słuchasz i mówisz: Wow! W erę Superbloom wkręciła mnie dopiero druga zapowiedź, Ride, czyli pierwsza piosenka, która powstała z myślą o albumie. Świetny, klubowy, mieniący się syntetycznymi dźwiękami numer oparty na syntezatorowej interpolacji motywu Ennio Morricone z westernu The Good, The Bad and the Ugly. I te zaśpiewy Ware a la Donna Summer! Na imprezę do takiej Jessie mogę chodzić co tydzień. Przyjemny okazał się także Automatic, który wsparto samplem z utworu Boca Chica projektu Les Baxter & 101 Strings. Mnóstwo skrzypiec, retro latynoamerykański rytm, ciepła, jazzowo – funkowa perkusja, rozmaite, pojawiające się to tu, to tam metaliczne timbale czy dzwonki – wszystko to w nowoczesnej, zrobionej z ogromną gracją elektronicznej aranżacji, jakiej można spodziewać się po Jessie.
Na Superbloom nie brakuje seksownych, zmysłowych, a nawet ognistych momentów. Są one jednak przeplatane repertuarem niosącym za sobą o wiele głębszy, emocjonalny przekaz, jakiego niekoniecznie można byłoby się spodziewać po płycie obracającej w stylistyce retro – disco – funku. Z wszystkich numerów bije jednak wyjątkowe ciepło i jakiś rodzaj optymizmu. Nawet melancholijny, czerpiący z klasyki soulu, klasycznie zaaranżowany na fortepian i smyki 16 Summer w którym Jessie rozpamiętuje brak czasu dla trójki swoich dorastających dzieci, nie pozwala nam pomyśleć, że to numer pełen żalu czy smutku. To wzruszający wyraz tęsknoty za swoimi dziećmi wyrażony przez kochającą, ale bardzo zapracowaną matkę. Nie mniej urzekające są tytułowy, zjawiskowy Superbloom, singlowy, utrzymany w relaksującym tonie Automatic czy czarujący Love You For. Gdyby jednak cała płyta brzmiała tak jak ten ostatni numer, byłaby dla mnie na pewno nie do przyjęcia. Tutaj Jessie udało się jednak uniknąć popadnięcia w zbytnią ckliwość czy nieznośną na dłuższą metę nostalgię do tego stopnia, że dwa, czy trzy takie słodkie i lekkie utwory wplecione w tracklistę wyjątkowo zgrabnie amortyzują jej bardziej gorące fragmenty.
Kawałkiem o największej sile rażenia, obok wybitnie queerowego i wciągającego Ride oraz bezczelnego Mr Valentine jest bez wątpienia Sauna. To wyraźne mrugnięcie okiem w kierunku albumu What’s Your Pleasure?, czyli płyty od której zaczął się wieloletni związek Jessie z parkietem. Wśród porywających, ejtisowych dźwięków syntezatorów i klawiszy a la Physical Oliwii Newton – John, Brytyjce udało się tutaj przemycić typową dla lat 70. soulowo – funkową warstwę, od której zaczęła się złota era disco. Wchodzisz do takiej sauny i całe Twoje ciało dosłownie przenika klimatem tamtego okresu. Podobne odczucie, swobodnego, powolnego wnikania w każdą część mojego ciała miałem przy wciąż retro, ale wyjątkowo świeżo brzmiącym, wykończonym chórem No Consequences. O wiele bardziej spodobał mi się ten numer, niż naprawdę mocno przykurzony latami 70. Don’t You Know Who I Am?, który wyraźnie ma być dla tego albumu tym, czym I Will Survive był dla płyty Glorii Gaynor Love Tracks. Mam tutaj na myśli pewną hymnowość, utwór który jest wyrazem siły, w przypadku Jessie, siły ducha. Nie do końca przekonał mnie także zamykający płytę Mon Amour – może z tego względu, że poprzedza go No Consequences, stanowiący dla mnie wraz z Ride i Sauna najjaśniejszy punkt Superbloom. Po jego wysłuchaniu nie miałem już ochoty na kolejną potężną dawkę retro, tylko na odpalenie właśnie tych najlepszych, najgorętszych smaczków tej płyty.
Jessie Ware wydała trzeci album, mniej lub bardziej, ale jednak obracający się w stylistyce disco. Na Superbloom Brytyjka pozwoliła sobie jednak na pewne odstępstwa od wypracowanego wraz z What’s Your Pleasure? konceptu projektu tanecznego i nie dała się porwać wyłącznie jednej wielkiej fali disco – funku. Tym razem pomiędzy ostrzejsze, bardziej nośne momenty płyty wplotła więcej emocji i pewnego rodzaju elegancji, czerpiąc z soulowego dorobku lat 70.. To wyniosło Superbloom na poziom w żadnym wypadku nie pozwalający stwierdzić, że Ware poszła tropem poprzednich dwóch krążków wyłącznie dlatego, że parkietowe klimaty po prostu jej się opłaciły i stwierdziła, że trzeba doić tę krowę póki tylko daje mleko. To kolejna udana produkcja stanowiąca bardziej zmysłowe, osobiste, wyszukane, acz przez to bardziej powściągliwe dopełnienie What’s Your Pleasure? i That! Feels Good!. Jessie w pełnym rozkwicie! Niektórym fanom artystki na Superbloom może jednak brakować intensywności tamtych płyt. Nie będzie to album, który pobije ich sukces, ale materiał z niego z pewnością zabłyśnie w całej okazałości zaśpiewany na żywo. Jessie jest fantastyczną wokalistką i nie ma na tym albumie ani sekundy, w której brzmiałaby źle. Superbloom póki co wybornie dopełnia erę retro – disco w jej karierze. Nie widzę na razie pola ani potrzeby kontynuacji tego tematu. Widzę za to ogromny potencjał do pójścia w nowocześniejszy alt – electro – house, z wpływami innych gatunków. Jessie – działaj!
