
Pierwsza odsłona muzycznej trylogii wydana pod szyldem RENAISSANCE zapisała się w karierze Beyoncé diamentowymi zgłoskami. Wydany pod koniec lipca 2022 roku album w ciągu zaledwie kilku miesięcy wypracował sobie status najlepszego wydawnictwa w karierze artystki. W samym serwisie Spotify płytę odtworzono niemal 3 miliardy razy, promujące projekt kilkumiesięczne tournée wykręciło rekordowe 579 mln zysku a podsumowujący całą erę film zarobił na pokazach kinowych kolejne 44 mln dolarów. Płyta wygrała w cuglach muzyczne podsumowania 2022 roku i zgarnęła zyliony nominacji do rozmaitych muzycznych nagród, wygrywając w wielu mniej i bardziej znaczących kategoriach. Można Beyoncé nie lubić, ale trzeba przyznać, że mistrzowsko kręci biznesem muzycznym od lat umiejętnie zaskakując fanów i drażniąc swoich krytyków. O to jednak w tym biznesie chodzi – trzeba grać na emocjach wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy krzywo patrzą na Twój sukces. Jest w tym sporo cwaniactwa, ale wiele gwiazd muzyki od lat tak gra, skutecznie nie pozwalając publiczności o sobie zapomnieć. Dzisiaj Beyoncé ujawniła światu drugą część muzycznego tryptyku – inspirowany muzyką country album COWBOY CARTER. Czy powtórzy z nim zawrotny sukces pierwszego aktu?
COWBOY CARTER zrodził się z krytyki, z jaką Beyoncé spotkała się, gdy weszła w świat muzyki country: Zmusiło mnie to do pokonania nałożonych na mnie ograniczeń. Akt II jest wynikiem rzucenia sobie wyzwań i poświęcenia czasu na naginanie i łączenie ze sobą gatunków, po to by stworzyć to dzieło. Gwiazda nie powiedziała tego wprost, ale bodźcem, który zmobilizował ją do głębszej eksploracji muzyki country był występ z legendarną grupą The Dixie Chicks (dzisiaj The Chicks) podczas rozdania nagród Country Music Awards w 2016 roku w Nashville. Bey wystąpiła wtedy z swoim pierwszym muzycznym dzieckiem muzyki bluegrass, bluesa i jazzu – utworem Daddy Lessons. Nie jest żadną tajemnicą, że CMA jest od lat imprezą zdominowaną przez białych artystów i kojarzoną z konserwatywną Ameryką. By zaistnieć w USA w przemyśle country praktycznie od zawsze trzeba było wykazać się polityczną lojalnością wobec Partii Republikańskiej. Popularyzacja gatunku doprowadziła do tego, że odbiorcy country – paradoksalnie muzyki czerpiącej garściami z czarnych korzeni i zacierającej muzyczne granice – w przeważającej większości są dzisiaj uosobieniem poglądów reprezentowanych m.in. przez Donalda Trumpa. Dwie dekady temu boleśnie przekonała się o tym liderka jednej z najlepiej sprzedających się w USA grup country The Dixie Chicks. Natalie Maines odważyła się publicznie skrytykować politykę ówczesnego prezydenta George’a W. Busha, który podjął decyzję o inwazji na Irak. Po jej słowach zespół w momencie został skazany na muzyczny niebyt a Beyoncé, śpiewając z nim swój utwór w 2016 roku została nazwana śmieciem i tą, co nienawidzi policji.
Beyoncé pokazuje dzisiaj światu, że nie zadziera się z dziewczynami z Teksasu. Za pomocą muzycznej trylogii chce zwrócić uwagę na prawdziwe korzenie gatunków muzycznych, z których z czasem wymazano czarnych twórców. Wraz z poświęconym muzyce tanecznej RENAISSANCE gwiazda powróciła do okresu, w którym czarni twórcy tworzyli podwaliny disco – funku. COWBOY CARTER przenosi słuchaczy w czasy, w których pracownicy amerykańskich plantacji grając dla białej publiczności urozmaicali swój bluesowy repertuar elementami muzyki popularnej i ludowej, co z upływem lat doprowadziło do powstania swinga i bluegrass’u. Na bazie tych gatunków powstała muzyka country, która wraz z rozwojem przemysłu muzycznego została zupełnie zdominowana przez białych muzyków. Beyoncé przypomina wszystkim, że korzenie tego gatunku są czarne i jak cała muzyka, country powstało po to, by ludzi łączyć, a nie dzielić: Dobrze jest widzieć, jak muzyka może zjednoczyć tak wiele ludzi na całym świecie, jednocześnie wzmacniając głosy niektórych osób, które poświęciły tak dużą część swojego życia na uczenie się o naszej muzycznej historii. Artystka podobnie jak przy poprzedniej płycie, konsekwentnie pomija kręcenie teledysków, chcąc skoncentrować uwagę odbiorców na samej muzyce i przekazie, który z niej płynie. O tym, że historia dzieje się na naszych oczach świadczy fakt, że pierwszy singiel promujący wydawnictwo – energetyczny, łączący w sobie pop, country, soul i dźwięki banjo Texas Hold ‘Em – zadebiutował na szczycie listy Billboard Hot Country Songs, czyniąc Beyoncé pierwszą czarnoskórą kobietą z numerem 1 w ponad 70 – letniej historii tego zestawienia!
Zgodnie z zapowiedzią artystki, album nie jest typową produkcją country. W jego ramach Bey eksploruje i zręcznie łączy ze sobą różne gatunki począwszy od country i popu, przez soul, hip – hop aż po typowy, amerykański rock ‘n’ roll. W stosunkowo nowocześnie zaaranżowanym utworze Spaghettii pyta: Gatunki to zabawne pojęcie, prawda? Teoretycznie mają prostą definicję, która jest łatwa do zrozumienia. Jednak w praktyce niektórzy mogą czuć się ograniczeni. Słuchając COWBOY CARTER nie jest się więc ograniczonym muzyką country. Jest tutaj luz, radość, sentymenty, prawdziwe emocje, powrót do korzeni, trochę prywaty, parę kawałków o miłości czy macierzyństwie ale i sporo ważnych, społeczno – kulturowych tematów mających na celu obalić pielęgnowane od dekad stereotypy. Wszystko to scala się w jeden przekaz: To muzyka dla każdego, do cholery! W porównaniu do poprzednich płyt piosenkarki, tą charakteryzuje bardziej organiczne brzmienie prowadzone przez gitarę akustyczną, dudniący bas, pianino, skrzypce czy charakterystyczne dla country banjo, harmonijkę ustną czy mandolinę. Rządzą tutaj nieskomplikowane, skoczne, łatwo zapadające w pamięć melodie a wolniejsze momenty nawet jeśli brzmieniowo nudzą (a niektóre nudzą), to magnetyzują genialnymi wokalami.
Na cały krążek składa się 27 ścieżek, z czego mniej więcej 1/3 stanowią krótkie interludia. Ja nie należę do zwolenników tak długich wydawnictw, ponieważ nawet największym ikonom muzyki bardzo ciężko utrzymać równy poziom tylu piosenek. Zawsze w tak licznej zbieraninie utworów zdarzą się mniejsze lub większe wyboje. Tutaj niestety również takich nie brakuje. Pomijając połowę niekoniecznie wiele wnoszących interludiów jest tutaj zdecydowanie za dużo gadanego smędolenia w rytm gitary, które atakuje słuchacza w zasadzie od samego początku. Żeby przejść płynnie przez cały album trzeba zaopatrzyć się pewną dozę cierpliwości. Jeżeli chcecie się rozerwać, lepiej włączcie RENAISSANCE, a z COWBOY CARTER zróbcie sobie osobną playlistę pomijającą mniej więcej 1/3 piosenek. Co ja umieściłbym na takiej playliście? Pomijając singlowe, znane już wszystkim Texas Hold ‘Em dodałbym autentycznie zaczepne tracki tj. gitarowy, wpadający w klimat lat 70. Bodyguard czy zwariowane i kompletnie pokręcone, elvisowe Ya Ya zawierające w sobie sample z These Boots Are Made for Walkin’ Nancy Sinatry i Good Vibrations Beach Boys. Sięgnąłbym również po bardziej trapowe wcielenie Bey zaprezentowane w Tyrant oraz Spaghettii.
Do lepszych momentów tej płyty można zaliczyć nastrojowy duet z Miley Cyrus II Most Wanted. Nie mam nic do Miley i z racji tematyki albumu rozumiem taki a nie inny wybór na featuring, ale moim zdaniem w tym kawałku lepiej sprawdziłaby się Lady Gaga. To utwór żywcem wyrwany z Joanne! Trochę gorzej na początku wypada Levii’s Jeans – duet z Post Malone. Piosenka zyskuje jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem. Przyjemnie słucha się także ponadczasowych coverów – Blackbiird The Beatles oraz Jolene Dolly Parton. Blackbiird był zainspirowany historią dziewięciu Afroamerykańskich uczniów, którzy doświadczyli dyskryminacji i segregacji rasowej po zapisaniu się do zdominowanej przez białych uczniów szkoły Little Rock High School w Arkansas w 1957 roku. Przyznam, że ten cover zaskoczył mnie o wiele bardziej pozytywnie niż Jolene. Kocham oryginał w wykonaniu Dolly Parton! Po tym, jak Bey potraktowała klasyk Donny Summer w Summer Renaissance spodziewałem się po jej wersji hitu Dolly kolejnej petardy. Niestety… jest dobrze, ale szału nie ma. Co Dolly, to Dolly. Nieznacznie zmienionej wersji Beyoncé słucha się przyjemnie, ale kiedy piosenka już się skończy, ma się ochotę wyłącznie na zapętlenie oryginału z 1973 roku.
Moją uwagę zwrócił także utwór otwierający płytę. Ameriican Requiem to coś, czego Bey nie zrobiła nigdy wcześniej. Jest w tym dramaturgia, teatralność, jakaś specyficzna dawka psychodelii. Cała paleta rozmaitych emocji wykończona czymś wpadającym w klimat Bohemian Rhapsody Queen. Bardzo mocne otwarcie! Z typowo balladowego pakietu wyjątkowo ujął mnie rewelacyjnie zaśpiewany smykowo – gitarowy Daughter. Nie pamiętam kiedy swoim wokalem Pani Carter osiągała tak wysokie rejestry. Miło zaskoczyło mnie także niespełna półtoraminutowe Flamenco, Alligator Tears oraz Just for Fun. Proste, sentymentalne, urokliwe, świetnie prowadzone przez głęboki wokal kawałki. Imponująco wypada także gospelowe zakończenie płyty – Amen. Biorąc pod uwagę fakt, że COWBOY CARTER został nagrany przez RENAISSANCE, zwróćcie uwagę jak płynnie wypada przejście z Amen w I’m That Girl z poprzedniego aktu! W przypadku interludiów najciekawsze są zrobione na typowo radiową, oldschoolową wstawkę Smoke Hour i Smoke Hour II z udziałem legendy country Willy’ego Nelsona oraz The Linda Martell Show. Tutaj warto dodać, że Linda Martell była pierwszą czarnoskórą artystką, która odniosła sukces w muzyce country, oraz pierwszą, która zagrała w najważniejszej i nadawanej nieprzerwanie od 1925 roku audycji country na świecie – Grand Ole Opry. Piosenkarka pojawiła się także w wspomnianym wcześniej Spaghettii. Reszta utworów grzeje mnie słabo, chociaż nie można powiedzieć, że są to nagrania złe. Znajdzie się mnóstwo osób, którym się spodobają, chociaż uważam, że mając tyle materiału, takie Riiverdance, Sweet★ Honey★ Buckin ’ czy II Hands II Heaven Beyoncé mogła sobie spokojnie podarować.
COWBOY CARTER na pewno nie wszystkim fanom Bey przypadnie do gustu, ale myślę, że wzmocnienie tego projektu bardzo silnym przekazem z czasem znacznie zmniejszy to grono. Jest to album, który bezceremonialnie łamie wieloletnie stereotypy, co faktycznie przekłada się na wzrost zainteresowania czarnymi twórcami od lat zajmującymi się country. Ta zmiana w rodzimym kraju Beyoncé naprawdę się dokonuje i za parę, paręnaście lat muzyka country z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie w zupełnie innym punkcie, niż jest teraz. Poza Ameryką płyta wbija się jak w dym w modę na country, której w ciągu ostatnich kilku lat poddało się już wielu mainstreamowych artystów. Wydaje mi się, że „Countryoncé” jednak nie podbije Polski. Jestem jednak pewien, że Pani Carter chcąc zagrać u nas koncert ponownie nie będzie miała problemu z zapełnieniem największych stadionów. Zapowiadając płytę Beyoncé ujawniła, że prace nad nią trwały niemal pięć lat. Jestem w stanie w to uwierzyć, bowiem pomysłów na eksplorację tak nieskomplikowanego gatunku jakim jest country tutaj nie brakuje. Niestety przez to, że tyle to wszystko trwa, można się tym krążkiem trochę zmęczyć. Trzeba mieć na tę płytę nastrój. Mniej więcej taki jak na Lemonade. To kolejne, bardzo osobiste wydawnictwo w dorobku gwiazdy. I kolejne, które mimo, że jest bardzo solidną, ale nie najlepszą produkcją od Beyoncé, to i tak zasłużenie odbije się ogromnym echem na całym świecie.

2 uwagi do wpisu “Beyoncé – Cowboy Carter (2024)”