
Debiutujący artyści pokolenia Z mają to do siebie, że albo w ogóle, albo nie od razu wpadają w krąg zainteresowania osób wychowanych na muzyce późnych lat 90. i 00., tak jak ja. Slayyyter jest idealnym przykładem takiej gwiazdy. Amerykanka zadebiutowała na rynku pod koniec poprzedniej dekady babrając się w lśniącym, plastikowym hyperpopie wystylizowana na krzykliwe, gotowe na wszystko bimbo, żywcem wyrwane z portalu OnlyFans. Każda jej kolejna produkcja była coraz odważniejsza, prowokująca, obracająca się w tematyce przerysowanego hedonizmu, hollywoodzkiego luksusu, hiper – seksualności, imprez i wszystkich najgorszych rzeczy, jakie tylko można z nimi powiązać. Wyzywający wizerunek, agresywne i przesłodzone brzmienie, perfekcyjnie wystylizowane oraz wyretuszowane teledyski stały się jej wizytówką. Zdecydowanie nie była to moja muzyczna bajka. Pęd za rynkowymi trendami, wbiciem się w streamingowe algorytmy z każdą nową piosenką i paranoja w którą popadła, stając się wieczną, obiecującą, ale nie spełniającą oczekiwań, słodką debiutantką doprowadził jednak Slayyyter do decyzji, która prawdopodobnie stanie się kluczowa dla jej dalszej kariery. Gwiazda odrzuciła presję branży i zrezygnowała z pogoni za komercyjnym sukcesem na rzecz prawdziwej, do tej pory mocno stłumionej kreatywnej wolności.
Algorytm Spotify nieśmiało podsuwał mi już w ubiegłym roku pierwsze single promujące album WOR$T GIRL IN AMERICA, ale wciąż mając w głowie tanią gwiazdę bimbo – popu (jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi), nie zawracałem sobie na dłużej głowy czymkolwiek związanym z tym projektem. Nawet tegoroczna marcowa premiera albumu przeleciała mi gdzieś w kalendarzu. Wszystko zmieniło się, kiedy dosłownie wszędzie zacząłem trafiać na rolki, wykorzystujące motywy z otwierającego płytę utworu DANCE…. Stwierdziłem: a odpalę sobie ten krążek. Początkowo, nie mając zbyt wiele czasu, zrobiłem to wybiórczo na telefonie. Kiedy jednak później odpaliłem całość na słuchawkach… wpadłem po uszy! Nie mogę od kilku tygodni uwolnić się od tej płyty! Wychodząc z ery cheap popu Slayyyter skręciła w agresywne, mroczne, klubowe klimaty, czyniąc z WOR$T GIRL amalgamat industrial popu, electroclashu, French electro i dark wave’u. Połączenie tego z klimatem prowincjonalnej Ameryki z motywami brudnych moteli, stacji benzynowych, przydrożnych barów i klubów oraz tematyką kryzysu tożsamości, paranoi, samotności czy lęków egzystencjalnych złożyło się na przemyślany od początku do końca projekt, jakiego w życiu nie spodziewałbym się usłyszeć od autorki takich kiczowatych popierdółek jak BFF, Touch My Body czy Throatzillaaa.
Scenariusz przejścia z typowej, komercyjnej chały w jakościowy materiał do złudzenia przypomina mi czasy, kiedy Britney Spears (nota bene jedna z idolek Slayyyter) porzuciła tandetny teen – pop na rzecz wciąż nośnych i popowych, ale o niebo ambitniejszych brzmień, które uczyniły z In the Zone jej najlepszy album. Slayyyter przesiąkała tamtymi czasami, więc nie ma dziwu, że marząc o wielkiej karierze, dała się porwać magii komercyjnej karuzeli, która doprowadziła jej psychikę do tego samego punktu, w którym znalazła się kiedyś Britney i cała masa innych gwiazd popu. W wywiadzie dla Magazynu Rolling Stone sama przyznała, że hollywoodzki blichtr z albumu Starfucker był dla niej jak luksusowa torebka kupiona na kredyt, która szybko się rozpadła: Nigdy nie pasowałam do pudełka pięknej, szykownej gwiazdy pop. [Na WOR$T GIRL] chciałam podejść do muzyki z nastawieniem, że nie boję się brzydoty, nie boję się być obrzydliwa. Cóż mogę powiedzieć – mówiła prawdę. Slayyyter odcięła się od udawania Britney z czasów debiutu i ujawniła swoje prawdziwe muzyczne inspiracje: wczesną, syntetyczną Lady Gagę, eklektyczną Gwen Stefani z ery L.A.M.B., imprezową Keshę, electro – popową Marinę a la Electra Heart, wpadające w urban – hip – hop Santigold i M.I.A. oraz wściekły, industrialny vibe Yeezus Kany’ego Westa.
Utwory składające się na WOR$T GIRL opierają się na trzech tematycznych, powiązanych ze sobą filarach. Płyta startuje utworem DANCE… przenoszącym słuchacza do 2010 roku, kiedy na rynku muzycznych królował electropop, dance – pop i electroclash. Utwór idealnie obrazuje schizofreniczny klimat albumu – początkowo sugeruje beztroską imprezę, a w miarę rozwoju wywleka na wierzch mroczne treści: desperacką próbę zatracenia się w tańcu i głośnej muzyce, by uciec od problemów, narastającego wewnętrznego napięcia, problemów osobistych i generujących je rozmaitych lęków. W podobnym tonie utrzymany został OLD TECHNOLOGY, poruszający w którym Slayyyter mówi o tym, jak Internet ukształtował w ludziach poczucie samotności, trwale zmieniając relacje międzyludzkie. Nostalgią za dawnymi czasami, imprezami i utraconymi kochankami nasączono także wpadające w synth – pop i French electro UNKNOWN LOVERZ oraz OLD FLING$. Paczka nostalgicznych numerów przeplata się z fundamentem albumu, który stanowią klubowe, zalatujące industrialnym brudem bangery będące pewnego rodzaju retrospekcją szalonego życia, które kiedyś prowadziła Slayyyter: pełen przesterów, electro – house’owy BEAT UP CHANEL$ (który sama Slayyyter nazwała najlepszym utworem jaki do tej pory nagrała), bezkompromisowy, taneczny, doładowany punkową energią CRANK czy blendujący techno i electoclash, oparty na metalicznych wokalach YES GODDD.
W finalnej części albumu Slayyyter ostatecznie zrzuca maskę bimbo – star i w iście rave’owym szale wykrzykuje wszystkie swoje frustracje na temat kryzysu egzystencjalnego, paranoi, ciemnej strony sławy czy głębokiej depresji. Jednym z najmroczniejszych numerów z tej paczki jest I’M ACTUALLY KINDA FAMOUS opisujący neurotyczne uczucie wmawiania sobie na imprezie, że jest się kimś szalenie ważnym, podczas gdy w środku kryje się wrak człowieka. Ta nasączona punk – elektronicznym zacięciem drwina z klubowych pozerów została bezpośrednio zainspirowana halucynacjami po zażyciu LSD oraz paranoją i uczuciem niepewności, które Slayyyter wtedy przeżywała. Absolutny majstersztyk, płynnie przechodzący z agresywnych, klubowych klimatów w jeden wielki psychodeliczny chaos. Motyw egzystencjalnego kryzysu kontynuuje $T. LOSER będący bezpośrednim rozliczeniem Slayyyter ze swoją przeszłością. To tutaj gwiazda na tle brudnego, przesterowanego basu prowadzi rozmowę z dawną wersją siebie i swoim stylem, który dzisiaj wprost nazywa podróbką własnego ja.
Obrazem załamania psychicznego jest z kolei WHAT IS LIKE, TO BE LIKED? rozpoczynający się jak imprezowy, plastikowy kawałek. W miarę trwania utworu bit pęka, a pusty wokal Slayyyter zjeżdża po równi pochyłej mówiąc wprost o wypaleniu i myślach samobójczych. W kontekście całego albumu numer ukazuje, że można mieć tysiące fanów na rozmaitych portalach społecznościowych, a w prawdziwym życiu czuć się kompletnie samotnym, odrzuconym i niezrozumianym. Dokładnie tak, jak tragicznie zmarła w 2009 roku aktorka Brittany Murphy, która będąc jedną z idolek młodej Slayyyter, dzisiaj stała się mroczną inspiracją dla całego projektu. To dlatego Slayyyter, w zamykającym album utworze nie odnosi się bezpośrednio do samej biografii Brittany, ale używa jej postaci jako lustra dla własnych problemów. Dla wielu zaskoczeniem może być poprzedzające ten numer interludium *PRAYER*. Jego umieszczenie w tym miejscu ma jednak swoje wytłumaczenie. Symboliczna, krótka modlitwa ma wyciszyć słuchacza po całej serii agresywnych, hałaśliwych, pełnych przesterowanych bitów numerów i wprowadzić go w stan ukojenia. Finałowa BRITTANY MURPHY po takim nagłym wyciszeniu może już w pełni uderzyć słuchacza tekstem, który w jej przypadku jest najważniejszy i w którym zawiera się całe sedno WOR$T GIRL IN AMERICA.
Slayyyter kupiła mnie tym krążkiem. Pójście pod prąd rynkowym trendom opłaciło się – Amerykanka uwiarygodniła się tym albumem jako artystka i skutecznie odcięła od wizerunku pustej imprezowiczki, na którą niestety kreowała się od początku swojej kariery muzycznej. Dzięki WOR$T GIRL wiemy jednak dlaczego taka sytuacja miała miejsce. Wiemy też, że Slayyyter to niezła zdolniacha, mająca nie tylko możliwości wokalne i kompozytorskie, ale i niezwykłego czuja do producentów i melodii, których nie sposób wyrzucić z głowy. Nie ma tutaj ani jednego utworu, który mnie nie porwał. To projekt kompletny, w dodatku także wizualny! Tak, Slayyyter do każdej piosenki nagrała teledysk. W dzisiejszych czasach takie coś, kiedy nawet weteranom sceny nie chce się już kręcić klipów – wow! Ja po raz setny odpalam DANCE… i zabieram WOR$T GIRL na wakacje. Jeśli tego jeszcze nie zrobiliście, również wrzućcie ją na swoje letnie playlisty – nie pożałujecie!
