
Mroczny, pełen goryczy, ciężki, będący emocjonalnym rozliczeniem z przeszłością album jakim był wydany w 2021 roku The Bitter Truth wskrzesił formację Evanescence po wielu latach dryfu w mainstreamowym niebycie. Grupa po wielkim debiucie w 2003 roku przez kolejne lata borykała się z rozmaitymi konfliktami personalnymi, sporami prawnymi, problemami z wytwórnią muzyczną Wind-up oraz osobistymi tragediami stanowiącej jej trzon Amy Lee. The Bitter Truth, po wielu przesunięciach premiery storpedowanej m.in. przez globalną pandemię, symbolicznie odrodził band trwale wzniecając w jego członkach zapał do nagrywania nowej muzyki i aktywnego koncertowania. Zamykający płytę Blind Belief był wezwaniem do porzucenia przestarzałych dogmatów i ślepej wiary w autorytety na rzecz miłości, odkupienia, pojednania i budowania lepszego, bardziej świadomego świata dla przyszłych pokoleń. Z tego punktu widzenia, wydany właśnie album Sanctuary zdaje się być naturalną kontynuacją The Bitter Truth. Tym razem Evanescence skupili się jednak nie na gorzkich prawdach i konfrontacji z brutalną rzeczywistością, a na poszukiwaniu azylu prawdy w świecie rządzonym przez kłamstwa: Nie mamy wyboru. Zostaliśmy zmuszeni do sytuacji, w której jeśli nie zabierzemy głosu i nie przeciwstawimy się tyranii, łamaniu praw człowieka, wysadzaniu ludzi w powietrze, to my będziemy następni. Czy Amy i spółce udało się odnaleźć wolną od codziennych bolączek i chaosu, tytułową bezpieczną przystań?
Każdy, kto choćby odrobinę interesuje się przemysłem muzycznym wie, że nie ma lepszej wizytówki albumu niż zapowiadające go single. I nie, nie zmieniło się to nawet w dobie streamingu. Zmieniła się polityka singlowa, natomiast przyświecająca idei ich wydawania zasada nadal pozostała ta sama. Amy Lee dobitnie wyjaśniła publiczności o co chodzi w nowym albumie Evanescence, w wydanym kilka tygodni temu numerze Who Will You Follow: Chodzi o poszukiwanie tego, co prawdziwe. Dla mnie znaczna część albumu to poszukiwanie człowieczeństwa i umiejętność odnalezienia tego, co prawdziwe pośród powodzi kłamstw wciskanych nam w twarz. Ktoś inny dosłownie czerpie zyski z tego, że wierzysz w kłamstwo. Na świecie jest po prostu dziko. Chcę, żebyśmy na nowo odnaleźli się w rzeczywistości, jakkolwiek mroczna by ona nie była, bo nie da się jej naprawić, dopóki się z nią nie zmierzysz. W Follow Lee stworzyła swoisty manifest walki z dezinformacją i utratą tożsamości w cyfrowym świecie, a jej band skręcił w stronę monumentalnego, napędzanego przez dramatyczne zmiany akordów progresywnego grania, wspartego charakterystycznym dla grupy filmowym, smykowo – fortepianowym aranżem i nowoczesnym, mrocznym syntezatorowym motywem przechodzącym płynnie w nisko nastrojone gitary. Opatrzenie całości dynamicznym, naszpikowanym efektami specjalnymi, kapitalnie zmontowanym wizualem będącym metaforą walki o prawdę w świecie zdominowanym przez technologię i informacyjny zgiełk złożyło się w mojej opinii na najlepszy singiel zespołu od dwóch dekad. Tak moi drodzy: Evanescence powróciło do szczytowej formy z czasów Fallen/The Open Door!
Who Will You Follow nie był jednak pierwszym utworem zapowiadającym płytę. Niemal rok temu band wypuścił Afterlife – efekt współpracy z platformą Netflix przy ścieżce dźwiękowej do serialu anime Devil May Cry, opartego na kultowej serii gier wideo. Nic lepszego chyba nie mogło przytrafić się Evanescence w realiach dominacji streamingu – piosenka stała się dla nich czymś, czym w 2003 roku był numer Bring Me to Life – przebojem, jakiego bardzo brakowało w erze The Bitter Truth. Propozycja nagrania Afterlife, która przyszła z teamu Netflixa, okazała się dla Amy i reszty formacji dosłownie zbawienna! Grupa była bowiem dopiero na początku prac nad płytą. Po powstaniu epickiego, opartego na mięsistych, nisko nastrojonych gitarach, mrocznego Afterlife, zgodnie z słowami Amy Lee, coś zaskoczyło i proces tworzenia całego albumu znacznie przyspieszył. W ostatniej fazie nagrań dodatkowym czynnikiem, który wpłynął na kierunek liryczny niektórych utworów był także wybór Donalda Trumpa na kolejną kadencję w listopadzie 2024 roku. Amy Lee przyznała, że było to wydarzenie, którego nie mogła zignorować i które tak nią wstrząsnęło, że słowa po prostu same z niej wypłynęły. Wybór Trumpa stał się inspiracją dla jednego z najbardziej rozbudowanych utworów na albumie – About Us, który jest wyrazem oszołomienia i rozczarowania polaryzacją społeczną i polityczną w rodzimym kraju Lee – jej swoistym krzykiem w nicość, a w szerszym ujęciu strzałem w kierunku liderów, którzy dosłownie nie dbają o nas. O ironio, właśnie niedawno minęło 30 lat od premiery innego, potężnego i wciąż rezonującego w społeczeństwie hymnu poruszającego ten temat: They Don’t Care About Us. Czyj to numer – chyba nie muszę wspominać.
Współpraca z wieloma producentami nigdy nie była domeną Evanescence. Każdy ich kolejny album studyjny, począwszy od debiutanckiego Fallen był namaszczony produkcją jednej osoby, co w prosty sposób pozwalało grupie uzyskać spójne brzmienie każdego krążka. Na Sanctuary formacja postanowiła zerwać z tą zasadą, wciągając na pokład Nicka Raskulinecza, Zakka Cervini i Jordana Fisha. Efektem takiej zmiany jest płyta niezwykle zróżnicowana, ale wciąż rezonująca w klimatach, które są bliskie Evanescence. Największym spoiwem na Sanctuary jest oczywiście genialnie odnajdująca się każdym utworze Amy Lee. To, co podoba mi się na tej płycie najbardziej, to bezkompromisowe podejście całego składu do praktycznie wszystkich ciężkich kawałków. Począwszy od rozpoczynającego album, zwodniczego Beautiful Lie, po zamykający całość manifest otwartości Wide Open Heart, z dwiema przerwami na klasyczne fortepianowo – smykowe ballady, Evanescence dokłada do pieca tyle węgla, ile nie dołożyli na wszystkie swoje poprzednie studyjne albumy razem wzięte. Takich czarnych brylantów jak łączące w sobie elektronikę z diabelnie mocnym brzmieniem Tell Me When You’ve Had Enough, emanujące pewnością siebie, energią i stadionowym rozmachem Rapture, zionące niepokojem Calm Down czy pełne napięcia, dynamiki i industrialnego smrodu Self Destruct oraz tytułowe Sanctuary ciężko doszukać się na ostatnich wydawnictwach bandu. Słuchając tych numerów zdałem sobie sprawę jak bardzo brakowało takich bezpardonowych bangerów w współczesnym, przesyconym głównie dramatyzmem dorobku Evanescence.
Zawsze denerwowało mnie to, że na każdą płytę Evanescence trzeba było czekać kilka lub nawet kilkanaście lat. Sanctuary to dopiero piąty (celowo pomijam mielący głównie stare kawałki Synthesis) studyjny krążek w ich ponad dwudziestoletnim dorobku! Od The Bitter Truth minęło pięć lat. Chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że ten szmat czasu od ostatniego krążka do teraz był w 100% warty oczekiwania. Na Sanctuary nie przeszkadzają mi nawet te nieszczęsne, uwielbiane przez Amy Lee ballady. Forever Without You zaskoczył mnie nawet wyjątkowo skromną, w niektórych momentach jakby wręcz wycofaną, fortepianowo – smykową aranżacją, doskonale rezonującą z emocjonalnym wokalem Lee. W bardziej konwencjonalnym tonie utrzymana została druga ballada – How Do I Heal, która jest najbardziej osobistym utworem Amy na albumie. Poruszające smyki w połączeniu z fortepianem mogą wynieść ten numer do miana jednego z najbardziej przejmujących, ale i w pewnym sensie efemerycznych momentów startującej niebawem trasy koncertowej promującej wydawnictwo. Byłoby miło gdyby w ramach tego tournée, pewnie już nie w tym, a w przyszłym roku zmaterializował się w końcu jakiś arenowy koncert w Polsce. Wiem, brzmi to jak marzenie ściętej głowy, biorąc pod uwagę jak Evanescence kocha do nas wracać. Skoro jednak już jestem w bezpiecznej przystani – pomarzę sobie, a co! Bez względu na to, czy pojawią się na naszym słowiańskim padole, Sanctuary, z tracklistą dosłownie uginającą się od hitów, będzie wydarzeniem zdecydowanie wartym przeżycia na żywo.
Odpowiedź na pytanie postawione we wstępie brzmi: Tak! Evanescence po wielu latach rozmaitych perturbacji stworzyli swój symboliczny azyl odnajdując się we współczesności i definiując się jako zespół na nowo, zachowując przy tym swoje efemeryczne DNA, które ponad dwie dekady temu przyciągnęło do nich jak magnes miliony fanów na całym globie. Sanctuary jest albumem przemyślanym, świetnie zagranym, zaśpiewanym, wyprodukowanym i przede wszystkim porządnie dociążonym. Utwory napisane przez Amy jeszcze bardziej niż na The Bitter Truth rezonują z otaczającym ją światem, co ważne, nie pogrążając słuchacza w beznadziejności lecz dodając mu dobrej energii do działania. Momentami, piosenki w oczywisty, rzekłbym nawet że konfrontacyjny sposób stanowią komentarz do sytuacji politycznej w USA, co nie do końca może spodobać się niektórym fanom grupy. Lee lirycznie wpisuje się jednak mocno w postępujący wśród tego typu bandów trend na stanowcze wyrażanie własnego zdania na rozmaite społeczno – polityczne kwestie. Przypomnijcie sobie choćby Bleed Out od Within Temptation. Podobnie jak krążek Withinów, tak i Sanctuary jest najcięższym albumem w dorobku Evanescence, skręcającym co chwilę w progresywno – industrialne klimaty, z jednoczesnym uwzględnieniem masy elektronicznych trików, które mocno osadzają grupę w ramionach nowoczesności. Nie miejcie do nich o to pretensji ani nie płaczcie, że czerpią z popowych rozwiązań – to zawsze był mainstreamowy zespół! Amy nie zapomina jednak o oszczędnie zaaranżowanych, opartych na wokalu balladach, które są jej przysłowiowym konikiem. To prawda, że w pewnym momencie niesamowicie spowalniają one tę mocno rozpędzoną płytę. Tematy, które Lee podejmuje na Sanctuary potrzebują jednak takiej emocjonalnej wielowymiarowości, zatrzymania się, innego spojrzenia. Dzięki tym wszystkim zabiegom album jest różnorodny i momentami eksperymentalny, ale co najważniejsze – bardzo autentyczny! Mogę śmiało powiedzieć: ta muzyka to dla mnie prawdziwe sanktuarium!
