Céline Dion – These Are Special Times (1998)

these are special times500
Céline Dion | These Are Special Times | 31 X 1998 | ★★★

Nigdy nie byłem fanem świątecznych wydawnictw, traktowałem je raczej bardziej jako realizację planów sprzedażowych wytwórni płytowych, które w okresie przedświątecznym stawiają przede wszystkim na maksymalizację swoich zysków. Świątecznych szlagierów i klasyków, które można mielić bez końca jest od groma, więc nie ma dziwu, że gro wykonawców i zespołów prędzej czy później decyduje się lub zostaje namówionych na tego typu incydent w swojej karierze. Jedni traktują święta jak koło ratunkowe, licząc, że może w ten sposób uda im się odratować gasnącą popularność, inni zaś będąc na szczycie wydając tego typu albumy lub single spijają dodatkową śmietankę i zapychają konta bankowe milionami łatwych dolarów. Sporo artystów podchodzi do tematu bardziej ambicjonalnie i decyduje się nagrać swoje, zupełnie nowe, świąteczne hymny. Często są to próby nieudane i zamiast kolejnych antenowych hitów powstają średniej jakości popłuczyny, na które pod wpływem magii chwili kuszą się świąteczni zakupoholicy. Czasem jednak zdarzy się, że coś chwyci tak, że później co roku powraca w grudniu na anteny radiowe i telewizyjne z niesłabnącą siłą rażenia bądź powraca jak bumerang w wysokie partie grudniowych, katalogowych list sprzedaży. Do której z grup zalicza się wydany przez Céline Dion pod koniec 1998 roku krążek These Are Special Times? Czy jest to płyta będąca jedynie wypadkową fali popularności, na której w tamtym czasie była piosenkarka czy może jednak faktycznie – czymś specjalnym?

Dlaczego wybrałem akurat krążek Céline Dion? Gwiazda jest jedną z tych, do których mam ogromny sentyment, mimo, że do masy wydawanego przez nią, w szczególności anglojęzycznego materiału podchodzę ogromnie krytycznie. W latach 90. piosenkarka znajdowała się na szczycie popularności i sprzedała w ciągu zaledwie kilku lat więcej milionów egzemplarzy swoich płyt niż ktokolwiek inny z tej branży. Uważam, że Dion artystycznie realizuje się i sprawdza przede wszystkim w materiale francuskojęzycznym, D’eux czy S’il suffisait d’aimer wydane w tamtym czasie są tego żywym przykładem. Wydawnictwa anglojęzyczne mają tylko „momenty”. Kicz, o który niejednokrotnie ocierała i nadal ociera się piosenkarka w anglojęzycznym materiale zadziwia mnie i razi tak, że nie jestem w stanie w ogóle słuchać niektórych jej, zwłaszcza nowszych nagrań. Z These Are Special Times nie miałem zbyt wiele do czynienia, płytę słuchałem do tej pory wybiórczo i zazwyczaj styczność z nią następowała gdzieś w pobliżu świąt. W zasadzie w ogóle uwagę zwróciłem na nią przez osobę Dion, naprawdę piekną okładkę, magiczne wykonanie Happy Xmas (War Is Over) oraz fakt, że jest to jedna z najlepiej sprzedających się płyt tego typu na świecie. 12 milionów egzemplarzy świątecznego wydawnictwa to nie jest byle jaki wynik. Przesłuchałem całość i muszę powiedzieć, że płyta w anglojęzycznym materiale Dion jest jak promień Słońca przedzierający się przez gęste, czarne chmury.

To co zaskoczyło mnie najbardziej na tym albumie, to różnorodność nagrań. Obok coverów tradycyjnych kompozycji znalazły się tutaj także zupełnie premierowe utwory. W słynnych hymnach O Holy Night, Ave Maria czy Adeste Fideles (O Come All Ye Faithfull) głos Dion błyszczy jak diament na tle wtórującego jej chóru. Mnie to specjalnie nie rusza, ponieważ nigdy nie lubiłem tego typu utworów. Nie sposób jednak nie zauważyć mocnego i emocjonalnego wyrazu jaki wokalnie nadała Dion tym kompozycjom. Jeżeli jednak ktoś płyty Céline Dion kojarzy tylko i wyłącznie z popisami wokalnymi zamieniającymi się momentami niemal w wydzieranie się w niebo głosy to jest w dużym błędzie. Céline wie, że nie musi popisywać się w każdym numerze i tam gdzie trzeba, potrafi poskromić swoje gardło. W jazzowym Blue Christmas gwiazda śpiewa w bardzo zmysłowy i elegancki sposób. Jazzowy klimat całej kompozycji podkreśla dodatkowo Diana Krall akompaniująca piosenkarce na pianinie. Premierowy Another Year Has Gone By to akustyczny, ujmujący swoją melodyjnością, napisany i wyprodukowany przez Bryana Adamsa numer. Soft rockowy The Magic of Christmas Day (God Bless Us Everyone) przywodzący momentami na myśl muzyczne elementy użyte w refrenie Miles to Go (Before I Sleep) to kolejna przyjemna dla ucha kompozycja, ale już dość mocno polukrowana rozmaitymi, znanymi z radia świątecznymi ozdobnikami.

Dziewiętnastowieczna interpretacja kołysanki Brahm’s Lullaby to następna udana, subtelna, miła dla ucha niespodzianka od Céline. Może nie ma zbyt dużo wspólnego z świętami, ale klimatem pasuje perfekcyjnie do reszty tego albumu. Jeszcze lepiej wypada również napisany przez Johannesa Brahmsa, zaśpiewany przez Céline wraz z rodziną walc Les cloches du hameu. Ta płyta nie mogła mieć lepszego końca. Z kolei radosne, rytmiczne Christmas Eve to takie All I Want for Christmas Is You w wersji Céline Dion. Nawet nie wiem, czy momentami nie jest bardziej chwytliwe od przeboju Mariah Carey. Utwór na pewno zyskuje tym, że nie był nigdy zamordowany przez radio, w przeciwieństwie do hitu Carey.

Niczym nie zaskoczył mnie natomiast utwór These Are Special Times. Zwyczajna, napisana przez Diane Warren ballada, jakich Dion nagrała już wiele. Niekoniecznie przekonuje mnie również latynoskie Feliz Navidad. Takie wepchnięte tutaj na siłę mydło-powidło. Czymże byłby jednak album Dion bez dozy kiczu? Na albumie znalazły się również dwa wyjątkowe duety – nagrany z Andreą Bocellim monumentalnie i podniośle brzmiący The Prayer oraz I’m Your Angel – rhythm’and’bluesowy duet z R.Kellym – jeden z większych hitów Céline w Stanach Zjednoczonych, a zarazem główny singiel promujący całą płytę. Nie wiem ile ten utwór ma wspólnego ze świętami, na pewno wiem, że jest ckliwą pomyją, którą od zawsze omijałem słuchając utworów Dion. Ameryka lubiła wtedy takie gnioty, prawdopodobnie z tego powodu ten krążek znalazł tam po dziś dzień ponad 5 milionów nabywców. Na koniec – Happy Xmas (War Is Over) – mój absolutny faworyt z tej płyty. Lekka, przyjemna dla ucha, świąteczna, nie ocierająca się o banał interpretacja przeboju Johna Lennona. Utwór ten, w wykonaniu z These Are Special Times często przypominają nam co roku rodzime stacje radiowe, które niegdyś kochały Dion, a teraz się wypięły na jej nowe dokonania, tak samo jak na nowości serwowane przez resztę starych wyjadaczek z lat 80. i 90.

Płyta została nagrana z podobnym pietyzmem jak wydany rok wcześniej studyjny Let’s Talk About Love, który był w dużej mierze mieszaniną różnych stylów muzycznych scementowaną wokalem Céline, czyli „dla każdego było coś miłego”. Zasada zastosowana na tamtej płycie przyniosła skutek, 30 milionów nabywców to niemały sukces. These Are Special Times zostało nagrane w podobny deseń, rezultat takiego zagrania również niemały, jak na świąteczną płytę. W jakimś stopniu jest to album, którego powodzenie jest związane z horrendalnym wręcz sukcesem płyt z lat 1993-1997. Zadziwia mnie jednak to, że znalazłem tutaj tak dużo całkiem udanych, premierowych nagrań i tak mało oklepanego, mielonego już setki razy przez innych artystów materiału, co jest wręcz chorobą świątecznych wydawnictw. Czuć, że Dion miała na ten album większy wpływ niż na Let’s Talk About Love. Większość jej płyt francuskojęzycznych jest dla mnie dowodem, że to co płynie faktycznie z jej serca, zazwyczaj jest udane. Takie w dużej mierze jest też These Are Special Times.

Reklamy

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s