Gwen Stefani – This Is What the Truth Feels Like (2016)

Gwen-Stefani-This-Is-What-the-Truth-Feels-Live-Deluxe-830x830
Gwen Stefani | This Is What… | 18 III 2016 | ★★★★★

Jak lubię Gwen Stefani, tak nie miałem żadnych oczekiwań związanych z jej nową płytą. Chyba zmęczyło mnie czekanie na nowe nagrania. 10 lat to trochę długo. Po rzekomo zwiastujących nowy krążek singlach Baby Don’t Lie i Spark the Fire ewentualna nowa płyta jawiła mi się jako nijaki, nie idący w żadnym kierunku zlepek przypadkowych dźwięków. Nic na co warto byłoby czekać, a tym bardziej zwrócić na to uwagę. Baby Don’t Lie miało jeszcze jakiś polot, natomiast Spark the Fire to dla mnie kompletny niewypał. Po przesłuchaniu This Is What the Truth Feels Like już wiem, że Gwen doszła do takiego samego wniosku. Niemniej jednak do przesłuchania tej płyty nie zachęciły mnie również faktycznie zwiastujące ją single – mydlany Used to Love You i do bólu komercyjny Make Me Like You. Wybór tych utworów na single to dla mnie istne kuriozum, ale o tym później. Na album skusiłem się wyłącznie z sentymentu do poprzednich nagrań Gwen, do których ostatnimi czasy miałem okazję powrócić. W całym daniu głównym, tak jak się spodziewałem trafiłem na sporo niedogotowanych kawałków. Niestrawności na koniec o dziwo jednak nie stwierdziłem. Ba! Deser w postaci wersji Deluxe był już całkiem smaczny!

Bez specjalnych emocji rozpocząłem odsłuch absolutnie pomijając znane mi już singlowe gnioty. Ku mojemu zaskoczeniu płyta okazała się brzmieć zaskakująco świeżo i nowocześnie. Wieloktronie zdarzyło mi się wyczuć puls lat 80. Syntezatory i automat perkusyjny zrobiły tutaj naprawdę niezłą robotę. Stefani świetnie wyszedł balans między electropopowym brzmieniem całości a innymi gatunkami muzycznymi, w których gwiazda miała okazję zaprezentować się w przeszłości z całkiem niezłymi rezultatami. Całość nie brzmi tak inwazyjnie jak na Love.Angel.Music.Baby ani jak zbiór przypadkowych, kompletnie nie pasujących do siebie klocków z The Sweet Escape. Na This Is What the Truth Feels Like wokal Gwen jest w idealnym wyważeniu w stosunku do dźwięków, momentami nawet przejmuje pałeczkę, dzięki czemu kreuje tutaj unikatową w przypadku Gwen intymną atmosferę. Stefani jest jakby bliżej słuchacza, nie atakuje go, ani nie wprawia w konsternację. Ujmując ogólnie temat nowego muzycznego dziecka Stefani można wręcz stwierdzić, że jest to naprawdę poprawny krążek. Po rozłożeniu całości na czynniki pierwsze sprawa wygląda jednak trochę inaczej…

Przeskakując z kawałka na kawałek (inaczej tego nie można nazwać, ponieważ wszystkie utwory są niebywale krótkie, żaden nie trwa więcej niż 4 minuty) czułem się się jakbym skakał po sinusoidzie. Bardzo dobre numery przeplatają się tutaj z zupełnie niezrozumiałymi, nudnymi (dobrze, że chociaż krótkimi) utworami. Znalazłem tutaj rewelacyjny, mieniący się stylem reggae, fajnie nabasowany Where Would I Be?. Retro skrzyżowane z echem Hollaback Girl. Mega połączenie! Trafiłem także na hip-hopowy Red Flag z skrzypcami w tle. Gniewny, damski rap, przypominający momentami rap Fergie z London Bridge, przeplata się z delikatnymi, subtelnie śpiewanymi partiami. Moją uwagę zwróciła także ballada Me Without You. Ni to trap, ni to pop, ni to hip-hop. Chyba wszystko razem. Jedna z lepszych ballad w wykonaniu Stefani. I ten bas! Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem był You’re My Favorite, będący mieszanką dźwięków rodem z gry komputerowej, prężnego basu, trapowego automatu perkusyjnego i emocjonalnego wokalu Stefani. Warte uwagi jest także otwierające krążek, nieco futurystyczne Misery z prężnie pobrzmiewającą gitarą basową i wyjącą gdzieś w oddali elektroniką oraz zamykające standardową wersję płyty gitarowe, galopujące Rare.

 Obok tych numerów znajduje się nudne jak flaki z olejem, niby dancehallowe, absolutnie niezapamiętywalne Send Me a Picture. Electropopwe ballady Truth i Used to Love You niby nie brzmą źle. Used to Love You potrafi się nawet nieźle wkręcić w głowę. Obydwie ocierają się niestety dość mocno o banał. Takie typowe, rzewne, przepełnione żalem, egzystencjalne i miłosne rozterki… 47-letniej kobiety. Litości. Rozumiem, że album jest wynikiem rozpadu długoletniego związku, ale żeby zapuszczać się w taką płyciznę? Nie do końca przekonuje mnie też kolejny hip-hopowy numer Asking 4 It oraz Naughty. Ten drugi numer może się jeszcze względnie podobać. Bas w refrenie zalatuje mi nawet tym z Bitch I’m Madonna. Make Me Like You jest dla mnie tanią, popową, słodką, skrojoną pod radio melodią a’la Kylie Minogue. Minogue z tego typu kawałkami nie ma już od lat żadnego przebicia, a co dopiero Gwen Stefani? Tyle jest lepszych piosenek na tym albumie, a na dwa pierwsze single poszły takie średniaki. Misery napawa mnie jednak optymizmem, że coś się zmieni w tej kwestii.

Tyle o daniu głównym. We wstępie pisałem jeszcze o smacznym deserze… Na pełnej wersji rozszerzonej This Is What the Truth Feels Like znalazło się pięć dodatkowych utworów. Jakże ogromne było moje zdumienie po ich przesłuchaniu! Deluxe jest faktycznie „deluxe”. Rocket Ship to dowód, że dla Gwen czas chyba się zatrzymał. 47-letnia gwiazda naprawdę dobrze czuje temat hip-hopu, kroi go na swój styl, bawi się tematem i ma z tego niezłą frajdę. Eteryczne, powoli snujące się Getting Warmer czy balladowe Splash to kolejne utwory, których słucha się z dużą przyjemnością. Bardzo odprężające, synthpopowe numery. Rozpoczynające się grzmotem Obsessed to przebojowa mieszanka elektroniki, popu i zadziornego zalatującego soft-rockiem grania. Na koniec Loveable, w którym Gwen pokazuje się od mało znanej wokalnej strony. Niby utwór nie jest zbyt oryginalny, dość komercyjny i odrobinę mroczny. Gdyby jednak oddać go w ręce Taylor Swift czy Miley Cyrus hit byłby murowany.

Płyta na pewno nie będzie okupowała szczytów list sprzedaży i nie sprzeda się tak dobrze jak pewnie sprzedałaby się jeszcze z 10 lat temu. Nie te czasy. Nie jest to na pewno krążek tak zapamiętywalny jak Love.Angel.Music.Baby, który był dość wyrazisty, pokręcony, z mocnym pazurem. Nie jest to też kolejny blok dziwactw, które wypełniły sporą część The Sweet Escape. Gwen zawsze miała charakterystyczny sposób śpiewania i nigdy nie miała wybitnej skali głosowej. Na This Is What the Truth Feels Like  jej wokal w ogóle mnie nie irytuje, Gwen w końcu nie śpiewa trzymając się za nos czy żując gumę. Czuć tutaj spójność, emocje, poskromienie swojego charakteru, nowoczesne, ale nie futurystyczne brzmienie. Nie ma tutaj żadnych ikonicznych numerów. Jest kilka całkiem ciekawych muzycznych pomysłów, parę razy można też porządnie ziewnąć. Czasem Gwen ociera się o banał, ale chyba mało której gwieździe na „rozstaniowym albumie” udaje się uniknąć przesady. Gdyby wywalić stąd kilka przeciętniaków, byłoby cacy. A tak, jest przyjemnie, ale jedynie poprawnie.

Reklamy

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s