
Kiedy Marilyn Manson dwa lata temu wypuścił singiel As Sick As the Secrets Within, nawet nie podejrzewałem, że projekt, który on zwiastuje, stanie się jednym z jego najlepszych współczesnych albumów. One Assassination Under God – Chapter 1 był wyjątkowo równym, wyważonym, posiadającym zarówno delikatne jak i bardzo mocne momenty krążkiem, przywodzącym na myśl legendarne ery Mechanical Animals i Holy Wood z końca ubiegłego wieku. To niebywałe, ale pierwszej z nich niebawem stukną trzy dekady! Na przełomie wieków Manson był wybitnie medialną i kontrowersyjną personą, święcącą swoje największe mainstreamowe triumfy. Był wszędzie, mógł robić wszystko, byle bardziej skandalicznie, byle bardziej obrzydliwie. Dzisiaj naczelny szatan mainstreamu dosłownie zszedł do piekieł, brodząc w rozmaitych oskarżeniach dotyczących przemocy domowej i rzekomych napaści seksualnych wytoczonych przeciwko niemu. Kochające go niegdyś media ukamienowały go jeszcze zanim prokuratura prowadząca przeciw niemu śledztwo oficjalnie, po prawie czterech latach je zamknęła i oczyściła go z zarzutów karnych. Manson nie dostarczył im jednak kolejnej, dramatycznej historii o upadającej gwieździe z dawnych lat – wziął się za siebie, odstawił wszystkie używki, podpisał nowy kontrakt muzyczny i powrócił na rynek z najlepszym materiałem i koncertami od wielu lat, wtłaczając swoją karierę na zupełnie nowe tory. Dzisiaj jego muzyczny dorobek został uzupełniony o krążek One Assassination Under God – Chapter 2.
Pierwszą zapowiedź płyty poznaliśmy… dwa lata temu! Kiedy na limitowanej wersji singla Raise the Red Flag pojawił się zionący klimatem Antichrist Superstar, marszowy, agresywny i przebojowy utwór Front Toward Enemy, nikt wówczas nie podejrzewał, że za kilkanaście miesięcy stanie się on jednym z głównych singli promujących kolejny krążek. Sam w recenzji Chapter 1, ubolewałem nad tym, że takie cacko umieszczono jedynie na singlu fizycznym, a nie na płycie. Teraz mam ten kawałek na albumie, z teledyskiem, pełniej brzmiącymi gitarami i i mocniejszą sekcją rytmiczną w porównaniu do surowszej wersji z singla CD. Trochę zdziwiła mnie taka strategia, ale z perspektywy czasu publikacja tego numeru na limitowanym singlu fizycznym była miłym ukłonem dla najwierniejszych fanów i kolekcjonerów jego wydawnictw. Pierwszy odbiór piosenki był tak dobry, że postanowiono wyeksponować go szerszej publiczności. I słusznie, ponieważ ten hymn o niezłomności niezależnie od rzucanych oskarżeń to jedno z najmocniejszych ogniw Chapter 2! Bardzo wymowny utwór w kontekście ostatnich wydarzeń z życia Mansona. Takich nawiązań nie brakowało także w filmowym, i dusznym, bardziej klimatycznym, nawiązującym do industrialnego metalu lat 90. singlu Exit Wound, podejmującym temat ran jakie pozostawiają w człowieku zdrada i traumatyczne wydarzenia.
Przyznam, że jak As Sick As the Secrets Within otwierający promocję Chapter 1 wywarł na mnie ogromne wrażenie, stając się jednym z najczęściej odsłuchiwanych przeze mnie współczesnych numerów Mansona, tak Exit Wound nie wzbudził we mnie podobnego podniecenia przed premierą Chapter 2. To dobry utwór, ale nie wzbudził we mnie prawdziwego efektu wyczekiwania, tak jak Secrets. Nawiasem, kiedy zobaczyłem towarzyszący mu, dość skromny jak na Mansona teledysk, moim pierwszym wrażeniem była myśl, że wytwórnia mocno przycięła mu budżet na promocję. Wrażenie utrzymało się także, kiedy zobaczyłem klip do Front Toward Enemy. Zagadka wyjaśniła się dopiero przy okazji trzeciego, wydanego razem z płytą, bardzo teatralnego klipu do Unalive. Exit i Enemy opierały się na prostym koncepcie, a pieniądze na fajerwerki poszły w Unalive – kompozycję otwierającą album, będącą osobistą inkantacją Mansona sygnalizującą jego wejście w nowy etap. Utwór opowiada o mroku i odrzuceniu, czerpaniu siły z trudnych doświadczeń oraz symbolicznej zemście i odzyskaniu kontroli nad własnym losem po okresie medialnej stygmatyzacji. Manson dokonuje rozliczenia z publicznym osądem, stawiając siebie w roli kogoś, kto kontroluje narrację i odbija mroczną energię. To bardzo ponury, niełatwy w odbiorze początek – prawdziwy powrót do industrialno – gotyckich korzeni MM.
Na Chapter 2 Manson powraca do bezkompromisowego podejścia i oceny rzeczywistości, które przysporzyły mu lata temu rzesze fanów. W ciężkim, przesyconym niepokojącą atmosferą Don’t Answer the Door Manson dosłownie odcina się od fałszywych ludzi i świata zewnętrznego, którzy próbują ponownie wtargnąć do jego życia, a w melodyjnym All the Vilest Things skupia się na tematyce przetrwania, zgłębiając temat hipokryzji społeczeństwa, które karmi się najgorszymi ludzkimi potknięciami i grzechami. Zionący coldwave’m i post – punkiem Lucifer’s Teardrop śmiało żongluje klasycznymi religijno – okultystycznymi metaforami. Manson opowiada o tym jak to jest zostać całkowicie odrzuconym, wygnanym i potraktowanym jak najgorszy śmieć. Inspiracją do powstania tego numeru był obraz z 1847 roku zatytułowany Upadły Anioł, autorstwa Alexandre’a Cabanela. Manson przełożył biblijny i malarski motyw upadłego anioła na swoje własne doświadczenia. Start utworu przypomina mi trochę gitarowy motyw słyszalny na początku Deep Six. Temat pustki, braku nadziei i znalezienia się w mrocznej egzystencjalnej pułapce wynikającej z odrzucenia przewija się także przez gitarowo – syntetyczny, wpadający trochę w nonszalancki klimat The Pale Emperor utwór None of the Suns.
Jednym z najlepszych punktów albumu jest pulsujący, mroczny i industrialny, fajnie rozwijający się The Arsonist, będący wywodem na temat totalnego oczyszczenia przez destrukcję tego co przeszłe i bolesne. Historię zamyka pełniący funkcję napisów końcowych, rozpoczynający się mówionym intro a ostatecznie monumentalny i ciężki, wykończony dźwiękami kościelnych organów, numer Enantiomorph. W sensie naukowym enancjomorf to para obiektów, które są swoimi lustrzanymi odbiciami, ale nie można ich na siebie idealnie nałożyć. Skłaniam się tutaj ku interpretacji, którą wysnuło już wielu innych fanów MM: jest to utwór będący wewnętrznym dialogiem pomiędzy realnym człowiekiem – Brianem Warnerem a stworzonym przez niego potężnym alter – ego – Marilynem Mansonem. Pada tutaj także mocna deklaracja siły ze strony Mansona, nad którym wrogowie ostatecznie stracili władzę: Nie jestem tylko książką, którą mogą wrzucić do ognia. Zostałem przeczytany, zapamiętany i nie boję się spłonąć. Zgodnie z słowami Mansona, praca nad tym utworem trwała najdłużej, ponieważ w jego głowie musiało zgrać się wiele różnych elementów muzycznych.
Chapter 1 był introwertyczną opowieścią o odrodzeniu, trzeźwości i procesie wewnętrznego uzdrawiania. Chapter 2 przybrał charakter bardziej ekstrawertyczny, buntowniczy i konfrontacyjno – rozliczeniowy, typowy dla wczesnego Mansona, ale mocno skorygowany o nonszalancję wylewającą się z The Pale Emperor. Pod ostrzał idą media, fałszywi przyjaciele oraz kultura unieważniania. To bardzo ponura kontynuacja, nie wchodząca już tak łatwo jak pierwsza część. Manson mówi: To dopełnienie mojej historii. Każdy kamień, który we mnie rzucono, wykorzystałem do tego by się wyostrzyć. Wyrosłem z czyśćca i wyryłem te piosenki na skórze świata. Mam nadzieję, że podczas słuchania pozostawią one po sobie bliznę, o której nie sposób zapomnieć. Nie da się ukryć, że jest to płyta zrodzona z bardzo, bardzo gorzkich doświadczeń i rozczarowań ludźmi jakich w ostatnich kilkunastu miesiącach, a może i nawet latach doświadczył MM. Słychać to w każdym jej fragmencie. O to jednak Mansonowi chodziło. Wszystkim, którym się należało muzyk wbił w serce mocną szpilę, a wręcz gwóźdź. Najwierniejszym fanom – tym którzy trwali przy nim przez najgorszy czas – dał za to najlepszą, możliwą dzisiaj wersję siebie.
